Rządzące ugrupowanie broni się jak może przed coraz głośniej brzmiącym zewsząd okrzykiem: „Król jest nagi!". Ewa Kopacz stara się uniemożliwić sejmową debatę nad aferą korupcyjną w szeregach PO. Decydenci tej partii nie mają złudzeń – w obecnej sytuacji każdy skandal podkopuje i tak już gnijące fundamenty obozu władzy.
 
W czasach afery Amber Gold partia Donalda Tuska czuła się na tyle pewnie, że nie protestowała przeciw debacie sejmowej w tej sprawie. Dziś dobrze wie, że próg zaufania społecznego mocno się obniżył. Stąd taktyka chowania głowy w piasek w sytuacji zagrożenia. Platformerski system rządzenia Polską rozpada się pod własnym ciężarem. Tyle że pod jego gruzami może lec kraj.

Życie na kredyt

Widzę jednak inny problem, który opisała niedawno na łamach „Codziennej" Joanna Lichocka w komentarzu „Dawno po Rywinie". Otóż nad Platformą Obywatelską roztacza się wciąż medialny parasol ochronny, którego nie miał nad sobą rząd Millera. Rządząca partia to beniaminek establishmentu III Rzeczypospolitej. Owszem, czasem ten lub ów prominentny publicysta pokiwa z politowaniem głową nad smarkaczem, który zawodzi oczekiwania. Ale decyzje o tym, jak traktować PO, zapadają znacznie wyżej, nie przy redakcyjnych biurkach. Demiurgowie III RP nie mają wyboru – albo wciąż będą chronili swojego protegowanego Donalda Tuska, albo będą zmuszeni oglądać jego szybki upadek. Alternatywa nie jest dla nich krzepiąca – władza Prawa i Sprawiedliwości. Ale też coś więcej – dopuszczenie do głosu tych analityków i środowisk, których diagnozy współczesnej Polski daleko wykraczają poza to, co demiurgowie chcieliby o sobie i realiach panujących w kraju usłyszeć.

W takim kontekście problem Platformy kryje się gdzie indziej. Wyobraźmy sobie człowieka, który zbyt długo przebywa w cieplarnianych warunkach, jest wychowywany przez nadopiekuńczych rodziców. Jego psychofizyczny system odporności zdecydowanie się obniża, w dodatku nie wie, jakie realne niebezpieczeństwa przynosi taka sytuacja. To właśnie kazus Platformy Obywatelskiej.

Ta partia od dłuższego już czasu żyje na kredyt. Sto dni dla rządzącej partii – formuła, która oznacza, że w początkach sprawowania władzy przez dane ugrupowanie media wstrzymują się z jego ostrzejszą krytyką – w wypadku PO rozciągnęły się w nieskończoność. Tyle że ostateczne koszty tej sytuacji ponosi zarówno społeczeństwo, jak i państwo. Odnoszę smutne wrażenie, że ludzie budujący wokół PO całe strategie ochrony tej partii nigdy nie poczują się współodpowiedzialni za krzywdy wyrządzone państwu, którego są obywatelami.

Demiurdzy III RP

Ludzie Platformy, co dobitnie pokazuje przykład Dolnego Śląska, czują się świetnie w opisanej powyżej atmosferze. Oswoili się z myślą, że nikt im się bacznie nie przygląda. Gdy oglądali telewizję, słuchali radia, czytali teksty głośnych publicystów, z których wynikało, że największym zagrożeniem dla Polski wciąż jest Prawo i Sprawiedliwość, mogli zasypiać spokojnie. Z medialnych centrali płynął sygnał: jesteście bezpieczni. U siebie mogli liczyć na społeczną bierność, wciąż niestety tak typową dla polskiej prowincji. Mieli mocne przesłanki do tego, by wierzyć, że sprawy partii zostaną między swoimi: jednych można było kupić, innych zakrzyczeć lub „uspokoić".

A jednak sprawy poszły źle. Coraz więcej oznak degrengolady, coraz bardziej nerwowa atmosfera, coraz ostrzejsze walki frakcyjne. I strach, że po wyborach trzeba będzie się pożegnać z dolce vita. Zatem kolejne próby załatwienia swoich interesów – póki czas. A do tego wciąż parasol ochronny mediów, niemal uśpionych – zupełnie inaczej niż w czasach „afery hamburgerowej", niż w sprawie Barbary Blidy.

Nie bez znaczenia pozostaje tutaj tragedia smoleńska. Po 10 kwietnia 2010 r. próg tolerancji dla poczynań i zaniechań Platformy Obywatelskiej podniesiono naprawdę wysoko. Skoro „nic się nie stało" w tak fundamentalnej sprawie, to także cała reszta mogła iść swoim torem. Lokalni kacykowie rządzącego ugrupowania świetnie to zrozumieli. Kontrolna rola środków przekazu, tak istotna dla prawidłowego funkcjonowania demokracji przedstawicielskiej, okazała się zupełnie fasadowa.

Ujmę to obrazowo: wtedy termometry tłuczono na potęgę. A ludzi, którzy krzyczeli, że Polska ma gorączkę, i to bardzo wysoką, ośmieszano. Platforma miała rządzić, budować autostrady i stadiony, wyprzedawać resztki rodowych sreber, które jeszcze się uchowały przed prywatyzacją, bronić kraju przed „pisofaszyzmem", który tak niepokoi demiurgów III RP.

Trupi jad

Dziś najlepszą metaforą dla Platformy Obywatelskiej jest porównanie z zombi, żywym trupem. Jeśli standardem egzystencji dla partii jest to, że wypełnia swoje zobowiązania polityczne w trosce o dobro kraju, to nie mam wątpliwości, że to ugrupowanie już nie żyje. Niestety, jak to zombi, zachowuje pewne oznaki wegetacji, a ciężki dym medialnych kadzideł zabija fetor gnicia. Wystarczy jednak przyjrzeć się baczniej, by spostrzec, że stwór się rozpada. Kłopot polega na tym, że może to jeszcze potrwać.

Nie wiemy, ile jeszcze zdąży popsuć Platforma Obywatelska, zanim straci władzę. A nie jest to tylko problem władzy centralnej, ale też jej partyjnego zaplecza, zorganizowanego w grupy wpływów i pieniądza jak Polska długa i szeroka. To problem tego, jakie wzorce i standardy panują wśród administracji publicznej. To kwestia narastającego klientelizmu i smutnego pogodzenia się z taką polską rzeczywistością przez wielu rodaków.

Znam nieźle naszą prowincję i wiem, jak często zwykli ludzie są zrezygnowani i żyją w poczuciu (słusznej) krzywdy. W realiach III RP widzą dokładnie te same mechanizmy, które działały w czasach Polski Ludowej. Widzą, z kim piją wódkę „ważni ludzie", jakie to ma przełożenie na kwestie zawodowe, biznesowe, na lokalne „grupy wsparcia". Widzą, jak kształtują się sieci powiązań między ludźmi reprezentującymi instytucje publiczne (także tymi, które powinny dbać o sprawiedliwość) a protegowanymi przez partyjniaków z PO–PSL osobami pracującymi w firmach państwowych i publicznych. To jest przerażające. I nie da się tego zmienić jak za skinieniem czarodziejskiej różdżki. Ludzie i społeczeństwa niestety przyzwyczają się do zaniżania standardów.
Platforma już nie żyje. Idzie tylko o to, żeby trupi jad jak najmniej zakaził Polskę.