Święta narodowe nie zawsze są niekontrowersyjne. Francuzi, by dać przykład, czczą 14 lipca rocznicę zburzenia Bastylii, wydarzenie będące początkiem rewolucji, która do czczenia specjalnie się nie nadaje.

Ale polski 11 listopada do takich rocznic nie należy. Trudno znaleźć bardziej adekwatną datę dla święta państwowego i narodowego. A jednak wcale nie jest jasne dla wszystkich, dlaczego jest to święto szczególne i co tak naprawdę tego dnia święcimy. Już od zarania III RP pojawiały się głosy, że trzeba uczynić z 11 listopada dniem gier, harców i zabaw.

Pamiętam pewnego znanego publicystę, który przed kilkunastu laty mówił mi, że obchody tego dnia powinny się ograniczyć do kiełbasek, piwa i dyskotek. Żadnych smętnych wspominków i tym podobnie obciachowych kawałków.

Dziwna radość

Od kilku lat obowiązuje inny kanon. Mówi się Polakom tak: to rocznica radosna, bo świętujemy odzyskanie niepodległości, którą właśnie mamy. Niczego nam dzisiaj nie brakuje i dlatego trzeba skończyć ze smutkiem, z cierpieniami, z zawracaniem głowy o ofiarach, poświęceniu, męczennikach. Niech żyje III RP, jej założyciele i sternicy.

Nie ulega wątpliwości, że takie nastawienie nie wynika z rzeczywistego odczytania polskich nastrojów, lecz że jest pewną konstrukcją polemiczną. To oficjalnie nakazane cieszenie się nie jest cieszeniem się z czegoś, lecz przeciw czemuś, a właściwie przeciw komuś. Oznacza ono: cieszmy się przeciw innym, którzy – łobuzy, szkodnicy i frustraci – cieszyć się nie chcą. Oni nie rozumieją, że jest dobrze, a jest dobrze, bo mamy wszystko, o co chodziło naszym poprzednikom – żyjemy w pokoju, w Unii i w bezpiecznym świecie.

Ale w samym przekazie, że mamy się cieszyć na przekór innym, co się nie cieszą, pobrzmiewa fałsz. Jak to cieszy, skoro nie cieszy? Jak zachwyca, skoro nie zachwyca? Jest to ten sam błąd, który pojawił się już na początku III RP. Też miała cieszyć, a nie cieszyła; miała zachwycać, ale nie zachwycała. I jak dzisiaj, tak wtedy zżymano się na frustratów, mizantropów i patologicznych dosmucaczy.

Dwie genezy

Co może sprawić, żebyśmy się cieszyli bez oficjalnych zachęt i odgórnego łajania? I tu wracamy do 11 listopada. Ten dzień powinien nam przypominać o tym, że warunkiem autentycznej radości zbiorowej jest poczucie bycia panem własnych losów. Korzystając z sytuacji zewnętrznej w 1918 r., sami wywalczyliśmy niepodległość na polach bitewnych, w rozgrywkach politycznych i w dyplomacji. Odzyskaliśmy w ciągu kilku lat sporą część terytorium I RP z Warszawą, Krakowem, Poznaniem, Wilnem, Grodnem, Lwowem, a także innymi pięknymi miastami i regionami Rzeczypospolitej. Zbudowaliśmy Polskę suwerenną, jej instytucje, naukę, oświatę, administrację. To była nasza duma i źródło naszej radości.

Powstanie III RP dokonywało się już w innej atmosferze. Przekaz ówczesny był jednoznaczny: nie jesteśmy panami naszych losów. Są realia, które trzeba szanować: komuniści, Związek Sowiecki, Jaruzelski. Później pojawiły się inne realia: Unia Europejska, standardy modernizacyjne, oświecona opinia publiczna oraz wiele innych nakazów i zakazów ustalanych przez nowych komisarzy i cenzorów. Podstawowe przesłanie, które towarzyszy nam od przeszło 20 lat, jest proste: nie podskakujcie, nie przesadzajcie z tą polskością, bo przecież globalizacja, Unia Europejska, multi kulti, tolerancja, otwartość i inne podobnie groźnie brzmiące przestrogi.

Suwerenność w sercach

To wszystko jest całkowicie sprzeczne z tym, czym był i co symbolizował dzień 11 listopada 1918 r. Gdyby wówczas myślano tak jak dzisiaj, II RP albo by nie powstała w ogóle, albo powstałaby, ale w kształcie okrojonym, bez Wilna i Lwowa, bez własnej polityki zagranicznej, własnych instytucji i marzeń. Byłaby to Polska satelicka, politycznie i duchowo.

Oczywiście nie powinniśmy popadać w idealizację Drugiej Rzeczypospolitej. Rozpadła się przecież – częściowo z naszej winy, a częściowo z winny innych – w apokalipsie rozpoczynającej się we wrześniu 1939 r. Ale jej rozpad nie unieważnia samej postawy, która tę odrodzoną Polskę zrodziła.

Po to są rocznice i święta, żeby pamiętać o historycznej misji narodu i państwa. Nie stanowią one przecież tylko okazji do picia piwa i jedzenia kiełbasek. Jeśli święta narodowe mają sens, to właśnie z tego powodu, że ujawniają naszą radość z własnej suwerenności jako podstawy trwania i rozwoju kraju. Ta radość jest przez cały rok utajona, ponieważ absorbują nas bardziej praktyczne sprawy. Ale raz w roku może się ona uzewnętrznić. A jeśli się rzeczywiście uzewnętrznia, to przecież nie na rozkaz polityków i dyżurnych celebrytów, ale z potrzeby serca Polaków.

Radujmy się więc w rocznicę 11 listopada, ale radujmy nie po to, by rozgrzeszać słabości III RP, zapominać o błędach jej twórców i sterników oraz dawać odpór jej krytykom. Radujmy się z tego, że potrafiliśmy w przeszłości być jako naród suwerenni. Trzeba o tym przypominać i trzeba tę postawę upowszechniać wbrew wszystkim stereotypom, które niewolą polskie myślenie. Bo skoro byliśmy suwerenni kiedyś, to przecież możemy być tacy również teraz.

Słowa hymnu polskiego nam o tym nieustannie przypominają – Polska żyje tylko o tyle, o ile żyją świadomi polskości Polacy.