Sposób relacjonowania przez wspierających władzę dziennikarzy II Konferencji Smoleńskiej osiągnął standard białoruski. Nie było żadnego udawania bezstronności, delikatności w mieszaniu informacji z komentarzem, tylko brutalna, bezwzględna propaganda. Profesorowie uczestniczący w konferencji to wariaci – widzowie i czytelnicy dowiedzieli się tego wprost. Dziennikarze stali się pracownikami urzędów cenzorskich – ich praca miała na celu zduszenie ewentualnej debaty po upublicznieniu wyników badań naukowców. To doprawdy niespotykane w krajach, w których wolność słowa jest jedną z najwyższych wartości i prawem. Publiczne kwestionowanie oficjalnych przyczyn katastrofy smoleńskiej wyzwala niewyobrażalne reakcje większości polskich mediów, które jakby na rozkaz zaczynają okładać każdego, kto się tego dopuści. Nie potrzeba policji politycznej: żurnaliści są dziś najbardziej czujnymi eliminatorami niezależnych od rządu Tuska i MAK informacji o 10 kwietnia 2010. Trudno upaść niżej. Naprawdę trudno. To nie tylko oszustwo i sprzeniewierzenie się społecznej misji, ale także barbarzyństwo, bo przecież wyjaśnienie tragedii smoleńskiej to ustalenie przyczyny śmierci niemal stu konkretnych osób. Okazuje się jednak, że można nie tylko kłamać i manipulować, blokować debatę publiczną, ale również w imieniu ofiar żądać zaprzestania rozmów o Smoleńsku. W ICH imieniu utrwalać nieprawdziwą wersję ICH śmierci. Z taką inicjatywą wystąpił kilka dni temu redaktor naczelny dziennika „Rzeczpospolita”. Tym samym pan Chrabota wpisał się w tradycję dziennikarstwa wmawiającego Polakom przez dziesięciolecia, że sprawa Katynia została raz na zawsze wyjaśniona przez Sowietów. Głos naczelnego „Rzepy” ma też wymiar symboliczny – pokazuje, jak w ciągu roku ograniczono w naszym kraju wolność słowa. Niemal dokładnie rok temu właściciel tego tytułu wyrzucił dziennikarza, który ujawnił, że eksperci odnaleźli na wraku rządowego tupolewa materiały wybuchowe. Cezary Gmyz stracił pracę nie dlatego, że jego ustalenia okazały się nieprawdziwe, lecz dlatego, iż były niewygodne dla władzy. Dziś nowy naczelny – następca tego, który wydrukował tekst Gmyza – publikuje najbardziej pożądany przez władzę artykuł.