Na stronach internetowych zawieszono informację dotyczącą szczytu klimatycznego, który ma się rozpocząć w Warszawie 11 listopada i trwać przez 11 dni. Rząd ogłosił, że tego dnia minister środowiska Marcin Korolec stanie się prezydentem procesu klimatycznego.

Kadencja Korolca będzie trwała aż do otwarcia obrad następnego szczytu w Ameryce Łacińskiej. Wobec takiej informacji trudno dać wiarę deklaracjom rządu Donalda Tuska, że kraj goszczący konferencję i mający objąć prezydencję COP19 nie miał wpływu na datę jej rozpoczęcia w Warszawie i nie mógł jej przesunąć o dzień lub dwa.

Niebezpieczny czas

COP19 to Conferences of the Parties19, a pełne polskie rozwinięcie tego skrótu to 19. Sesja Konferencji Stron Ramowej Konwencji Narodów Zjednoczonych w Sprawie Klimatu. Towarzyszyć jej ma CMP9, czyli 9. Spotkanie Stron Konferencji z Kyoto. Główną siedzibą Konferencji COP19/CMP9 będzie Stadion Narodowy w Warszawie, a spodziewana liczba uczestników ma wynieść ok. 12 tys. osób: polityków, przedstawicieli or­ganizacji międzynarodowych, reprezentantów nauki i biznesu. Konferencji będzie towarzyszyło kilkadziesiąt imprez naukowych i kulturalnych – spotkań, seminariów oraz warsztatów dotyczących tematyki zmian klimatu i możliwości ograniczania ich skutków. Strona rządowa konferencji nie podaje, ilu antyglobalistów, radykalnych ekologów i innych „zadymiarzy”, którzy zwykle towarzyszą takim konferencjom i zaznaczają swoją obecność awanturami naruszającymi spokój i bezpieczeństwo publiczne, przybędzie na szczyt. Dodajmy do tego „zwykłą” kilkusetosobową reprezentację antyfaszystów (niemieckich, oczywiście), którzy zwykli „uczestniczyć” w obchodach Święta Narodowego Polski wyposażeni w pałki, łańcuchy i inne „pokojowe” narzędzia rozprawy z uczestnikami Marszu Niepodległości (przechowywane w lokalach polskich organizacji lewicowych), a będziemy mieli niemal pełny obraz zagrożeń publicznego ładu i porządku w dniu naszego święta narodowego. Dodajmy do tego fakt, że w prasie pojawiły się zapowiedzi „strajku” w warszawskiej policji. Ma on polegać na ucieczce policjantów na zwolnie­nia lekarskie właśnie 11 listopada. Funkcjonariusze są niezadowoleni z nowych zasad ustalania godzin pracy dla drogówki i służb patrolowo-interwencyjnych i chcą dać temu wyraz. Tak więc rząd PO-PSL może narazić się na niebywałą kompromitację zarówno w kraju, jak i wobec społeczności międzynarodowej. Na własne życzenie.

Polska, ekologiczny dezerter

Nie trzeba być specjalistą w dziedzinie ekologii czy polityki, by spodziewać się, że same obrady i ich kontekst będą wzbudzały wielkie emocje i że te emocje będą się przenosiły na ulice Warszawy. Wiadomo, że będzie to oczywista okazja do starcia się dwóch potężnych lobby: „węglowego” i „zielonego”. „Węglowcy” chcą kontynuacji wydobycia kopalin i ich wykorzystania w energetyce. „Zieloni” żądają ograniczenia emisji CO2. Problem niemożliwy do polubownego rozwiązania, skoro pełnego porozumienia nie udało się osiągnąć nawet na po­ziomie UE. Unia wprawdzie przyjęła wspólne stanowisko negocjacyjne na tę konferencję, ale wypowiedzi polityków z krajów członkowskich są dość rozbieżne. Wielu z nich podnosi kwestie sprzeczności między postulatami ekologów a potrzebami wzrostu gospodarczego. Nie ulega przy tym wątpliwości, że Polska będzie na głównej osi sporu. Rząd polski wielokrotnie wskazywał na to, że zbyt szybkie ograniczenie emisji CO2 groziłoby katastrofą gospodarczą i wymagałoby poniesienia olbrzymich, miliardowych (liczonych w euro) kosztów. Z tych powodów Polska zawetowała unijny plan zaostrzenia redukcji emisji CO2 o 40 proc. do 2030 r. i o 80 proc. do 2050 r., a w konsekwencji radykałowie ekologiczni uznali nasz kraj za ekologicznego dezertera. I zapewne dadzą wyraz swojej „odrazie”. Minister Korolec broni się, że nawet największe wysiłki Polski czy UE nie dadzą efektu, jeśli zobowiązań nie podejmą takie kraje jak USA czy Chiny. ChRL odpowiada dziś za 40 proc. światowej emisji CO2 i ten udział będzie nadal rósł w związku z niezwykle szybkim tempem wzrostu gospodarczego tego kraju i uzależnienia jego gospodarki od tradycyjnych źródeł energii. USA zaś mają ponad dwa razy większą emisję CO2 w przeliczeniu na jednego mieszkańca niż my (17,6 t w USA wobec 8,3 t w Polsce w 2010 r.). Cóż z tego, skoro konferencja będzie się odbywała w Warszawie, a nie w Pekinie czy Waszyngtonie D.C.? Przy tym Polska ma opinię „największego truciciela Unii Europejskiej”. To oczywiście krzywdzące, bo np. Niemcy produkują dwa razy więcej CO2 niż nasze państwo.

Czeka nas kolejna klęska

Nasz kraj znajduje się na piątym miejscu w Unii pod względem wielkości emisji CO2 – po Niemczech, Wielkiej Brytanii, Włoszech i Francji. W przeliczeniu zaś wielkości emisji na jednego mieszkańca wyprzedzają nas: Estonia, Finlandia, Holandia, Czechy, Belgia, Niemcy i Irlandia – ale wszystkie one mają znacznie lepszy wizerunek niż Polska. Opinią Niemiec i Francji nie zachwiało nawet to, że oba te kraje w ubiegłym roku odnotowały wzrost emisji (w wypadku Polski był spadek). Ani nawet to, że Niemcy i Holandia są obecnie liderami w nowych inwestycjach w energetykę węglową. Opinię o Polsce mógłby uratować jakiś spektakularny sukces konferencji. Na to jednak się nie zanosi. Donald Tusk zadeklarował (i tym razem uczynił słusznie), że nie odejdziemy od węgla, bo jesteśmy od niego uzależnieni. Warto pamiętać, że aż 90 proc. energii elektrycznej w naszym kraju wytwarza się z węgla. Nie są także gotowe do ustępstw lobby węglowe. One akcentują, że dopóki nie powstrzyma się wzrostu emisji w Chinach i Indiach, to wszelkie próby ograniczenia emisji CO2 w Europie będą bezskuteczne z punktu widzenia ich wpływu na sytuację globalną. Na obronę tamtych krajów przytacza się argumenty, że w przeliczeniu na jednego mieszkańca ich emisja jest dość niska (znacznie poniżej średniej dla Europy), ale są to kraje o największej liczbie ludności…

Trudno zrozumieć, dlaczego Polska zabiegała o organizację konferencji COP19/CMP9. Opinii w środowisku wrażliwym na sprawy ekologiczne nam to nie poprawi. Za brak jej sukcesu będziemy w sposób oczywisty odpowiedzialni – i to jeszcze pogłębi naszą złą sławę. I nie sposób zrozumieć, dlaczego otwarcie konferencji ma nastąpić 11 listopada. Awantury uliczne z udziałem „antyglobalistów”, „ekologów” i „antyfaszystów” też z pewnością nie wpłyną dobrze na wizerunek naszego kraju.