Dla każdego rozsądnego człowieka powinno być sprawą oczywistą, że Kościół katolicki w Polsce jest jedyną liczącą się siłą pozapolityczną, która jest w stanie skutecznie przeciwstawiać się brutalnej ofensywie różnej maści lewactwa. Tego rodzaju prokatolicka sympatia nie musi wcale bazować na pozostawaniu członkiem tego Kościoła ani nawet na wierze w Boga. W tym wymiarze oferta społeczna Kościoła jako tamy przeciw promocji aberracji jest uniwersalna. Jednak na tym uniwersalizmie cieniem kładzie się sprawa pedofilów. Stanowisko każdego kapłana wobec tej zbrodni na dzieciach powinno być całkowicie jednoznaczne. A nie jest. Dowodzi tego kolejna „rozmydlona" wypowiedź, tym razem ks. Bochyńskiego. „Ale mamy i dzieci 10-letnie, trochę starsze i znam przypadki, gdzie ich życie intymne potrzebowało wcześniejszego zaspokojenia. Same dzieci »wchodziły« do łóżek dorosłych, chcąc być spełnionym. I to był wybór dziecka". Skoro Kościół nie jest strukturą demokratyczną, to co stoi na przeszkodzie, by tego rodzaju „analitycy" zjawiska pedofilii z marszu nie byli kierowani do jakichś szczególnych parafii? Bo ja wiem, w Berezie Kartuskiej…?