Sherlock Holmes twierdził, że z kropli wody można wydedukować istnienie Niagary. My nie musimy być aż tak dociekliwi. Do ułożenia fresku przestawiającego rządzącą formację mieliśmy mnóstwo fragmentów puzzla, teraz doszło kilka brakujących elementów. Obraz o nazwie „Platformy portret własny” gotowy. Teraz tylko wpuścić nieco świeżego powietrza i obserwować, niczym na filmie „Rzym” Federica Felliniego, jak blednie i znika.

Jedyne, co przy okazji musi bawić, to udawane zgorszenie i potępianie dolnośląskich praktyk, które, jak wie w Polsce każde dziecko, są ze sobą w PO zrośnięte jak Śledzińska z Katarasińską, a Kidawa z Błońską.

Są, że tak powiem, znakiem rozpoznawczym tej „partii władzy”, która podzieliła świat wedle zasady „swoi i obcy”, przy czym ci drudzy ulegli, gdzie się tylko dało, wykluczeniu i eliminacji. Partia, której kolejne etapy będą przez historyków mierzone zamiecionymi pod dywan aferami – od hazardowej po Amber Gold, gdzie przekręt w inwestycjach bywał częstszy niż zakręt na niewybudowanych drogach, nie może udawać zdumienia kandydatki na dziewicę, która odkryła, że od siedmiu lat pracuje w domu publicznym.

Niestety, kiedy się było głównym konstruktorem pewnego systemu, nie można się dziwić, że w pewnym momencie zwrócił się on przeciw jednemu ze swoich twórców.

Wręcz chciałoby się zakrzyknąć za Molierem: „Sam tego chciałeś, Grzegorzu Schetyno!”. Lepiej niż inni wiedziałeś, że tak jak rewolucja pożera swoje dzieci, Donald Tusk likwiduje swoich ewentualnych konkurentów. Nikt lepiej niż ty nie poznał technologii odsuwania i wykluczania, a także nieodwracalności tego procesu!

Wybacz mój bezpośredni ton, ale wiesz lepiej niż inni, że dzisiejsze wiernopoddańcze zapewnienia i hołdy pomogą tyle co umarłemu kadzidło. Twój kumpel z boiska nie bierze jeńców. Pozostaje ci dołączyć do długiego szeregu wyautowanych, gdzie są już i Gilowska, i Piskorski, i Rokita, i Olechowski, i Gowin (pomniejszych Chlebowskich i Drzewieckich nie licząc).

Do rozważenia jest już tylko kwestia stylu – można iść na dno jak kapitan Titanica, można – jak komunistyczni przywódcy skazani w procesach moskiewskich – do końca wysławiać Partię i Ukochanego Przywódcę, póki kat miłosiernie nie pociągnie za cyngiel.

Chyba że jak znakomity cyrkowy iluzjonista zachowałeś na koniec jakiś numer (nie numerek z trzeciorzędnym działaczem nagrany na telefonie komórkowym). Jakąś megabombę z opóźnionym zapłonem, po której, gdy opadnie kurz, wióry i zaskoczenie, ty, pozostając na scenie i pokazując puste miejsce na tronie, powiesz: „Tusk? Jaki Tusk?”.

Na razie w numerze „Znikający człowiek” pan, mistrzu, robisz tam za znikającego.