Sekretarz stanu USA, czyli tamtejszy minister od spraw zagranicznych John Kerry, przybył do III RP, po czym wybył. A także odbył konferencję prasową z udziałem naszego szefa MSZ-etu Radosława Sikorskiego, który na wstępie zapodał, że z Kerrym zna się od lat i że są kumplami. Kerry potwierdził.

Niezainteresowanych życiorysem Johna czytelników spieszę poinformować, że wyróżnił się on kandydowaniem na prezydenta z ramienia Demokratów i przegrał z kandydatem Republikanów George’em Bushem juniorem. Poza tym wyróżnia się sekretarz stanu nad wyraz bujną czupryną i wielce pociągłym obliczem.

Dopust boży
To by było na tyle, jeśli chodzi o wizytę Kerry’ego w Polsce. Nikt nie wie, po co przyjechał, nie dziwi więc komentarz słusznego eksperta od stosunków III RP z USA Andrzeja Jonasa, naczelnego redaktora tygodnika „The Warsaw Voice” (czy ktoś to czyta?), że nie należało się spodziewać jakichś konkretów na tej konferencji, bo konkrety omawia się w swoim gronie, z dala od publiczności. Był jednak jeden konkret, mianowicie Kerry zapowiedział, że ok. 2018 r. będą u nas zainstalowane elementy tarczy antyrakietowej. Już ja to widzę.

Telewizja od „całej prawdy całą dobę” dużym drukiem powtarzała, że sekretarz stanu USA odwiedził Polskę jako jedyny kraj europejski. Pozostałe kraje europejskie puchną z zazdrości. One też by chciały, bo taka wizyta to po prostu zaszczyt i chwała. I o to chodziło Radkowi, załatwił z kumplem z Waszyngtonu, że po drodze z ważnych rozmów na Bliskim Wschodzie wpadnie do Polski, żeby wpisać się w akcję ratowania wizerunku rządzącej mafii Donalda Tuska. Bo nie chodzi już o nic innego, tylko o ten wizerunek. Wszak fakt, że prawdziwy Amerykanin, na dodatek od Obamy, odwiedził Polskę, jest wydarzeniem historycznym i każdy obywatel aż rośnie z dumy, że jest Polakiem.

Sojusznik nad Wisłą
Nie miejmy złudzeń, administracja Stanów Zjednoczonych jest doskonale poinformowana o sytuacji politycznej w naszym kraju. I niekoniecznie z wynurzeń Snowdena, wystarczy obserwować rozwój wydarzeń w Polsce, co czyni korpus dyplomatyczny ambasady USA, a zwłaszcza spadek poparcia dla trzęsącej wciąż narodem Platformy Obywatelskiej. Tusk i jego towarzycho jest Obamie na rękę, bo są najbardziej banalnym „sojusznikiem” Stanów Zjednoczonych w historii, a więc bez jakiegokolwiek znaczenia. Tuskowi spadają słupki, Obamie również. Jest jednak kolosalna różnica między oboma panami. Za Obamą stoi najpotężniejsza i najnowocześniejsza armia świata i takiż wywiad, a za Tuskiem Radek, Pitera i Niesiołowski oraz parę czołgów.

Czekam na badania opinii publicznej, zwłaszcza CBOS-u, które wykażą wzrost notowań PO do jakichś 45 proc. i spadek notowań PiS-u do 15 proc. I wszystko to dzięki wizycie Johna Kerry’ego oraz banałom, jakie plótł wraz z Sikorskim w czasie konferencji prasowej, na której dziennikarze zadali jakieś trzy pytania, w większości banalne. I z góry przygotowane.
Niebanalna jest za to rzeczywistość, która skrzeczy, a wkrótce zawyje. Od rzeczywistości nie ma ucieczki, chyba że na drzewo.