Znamy go od lat, szanujemy, stara się, lepiej czy gorzej przestrzega Dziesięciu Przykazań. Świętych jest, jak wiadomo, niewielu. I nagle – trach! Nie, nie ukradł, nie zabił. Tylko kłamał, zaniedbał, tylko zapomniał, nie dlatego, że alzheimer, zdradził żonę, brzydko się broni... Kto tak nie miał? Dlaczego? Drobne wygody, bziki, interesiki. Spore interesy – choćby gdy uczciwi dziennikarze składają daninę fałszu za cenę przetrwania na pozycji. Szkoda. Widać to na co dzień, wystarczy się rozejrzeć. Ale skąd punkty nieciągłości u ludzi, których pozycji nic nie zagraża? Kościół odbiera ostatnio niezasłużone baty i ataki, zatem ciężko mi dokładać swoją krytykę, choćby poprzez zdumienie. Jednak jako owieczka interesuję się, komu mam być posłuszna i kogo bronić. Abp Kazimierz Nycz, którego wybór na metropolitę warszawskiego wspierałam, nie pierwszy raz budzi moje zdumienie. Najpierw, gdy zagrodził drogę żałobnemu smoleńskiemu Marszowi Pamięci, urządzając hałaśliwy festyn muzyczny na pl. Zamkowym w Warszawie. W ostatnich dniach, gdy wysławiał Tadeusza Mazowieckiego jako „niosącego wiarę, nadzieję i miłość”. Nadzieję to on budził, ale głównie zawiódł. Resztę rozsądzi Pan Bóg.