Wydarzenia ostatnich tygodni po raz kolejny pokazały konieczność zbudowania nowego państwa. To, które mamy obecnie, nie jest nawet namiastką państwowości, jest jego karykaturą.

Głos opinii publicznej jest dziś obecny nie w głównych mediach, ale w internecie. Gdy przejrzymy tylko najłagodniejsze memy zdobywające popularność w internecie, dowiemy się, jak sieć widzi obecną ekipę rządową. Premier, którego jedynym zadaniem jest bieganie za piłką, jego minister – miłośnik zegarków – przedstawiany jako sowiecki żołnierz „wyzwoliciel”, żarty z marszałek Sejmu. Tam, gdzie nie ma cenzury, ekipa PO przedstawiana jest jako zaprzeczenie przyzwoitości. Trudno się dziwić internautom. Patrząc na zachowanie platformerskich polityków, odnoszę wrażenie, że dla tej ekipy słowa księdza Piotra Skargi o potrzebie służenia ojczyźnie są niezrozumiałym językiem Marsjan.Knajackie łotrostwa

„Miękki totalitaryzm”, o którym prof. Zdzisław Krasnodębski mówił już w 2009 r., nabiera coraz wyraźniejszych kształtów. Słyszymy, że trzeba zmienić zasady przeprowadzania referendum, zlikwidować zespoły parlamentarne, użyć wojska do „ochrony” 11 listopada. To ostatnie rodzi obawy, czy nie chodzi de facto o pacyfikację manifestantów, zwłaszcza gdy ma się w pamięci prowokacje policji na Krakowskim Przedmieściu (m.in. agresywnie zachowujący się tajniacy, dążący do wywołania bójek przed Krzyżem). We wszystkich tych wydarzeniach gorliwie uczestniczą prorządowe media, które wyszukują argumenty ułatwiające rządowi przeprowadzenie jego bandyckich planów. Ta postawa już dawno przestała dziwić, większość dziennikarzy w uprawianiu propagandy prześcignęła swoich „mistrzów” z czasów PRL u, nawet tych z okresu stanu wojennego. Gdy słyszę, że na konferencjach prasowych premiera dziennikarze z mainstreamowych mediów uciszają tych, którzy chcą zadać niewygodne pytania, wzrasta we mnie oburzenie. To, co było nie do pomyślenia dziesięć lat temu, teraz stało się faktem. Każda ważna informacja przybliżająca nas do prawdy o tym, co się stało 10 kwietnia 2010 r. w Smoleńsku, jest przykrywana według tego samego schematu. „Dyżurni” – Paweł Deresz, Stefan Niesiołowski, Maciej Lasek i parę innych osób – przebiegną się po głównych wydaniach wiadomości różnych stacji i w knajacki sposób (innego nie mogą użyć, bo brakuje im argumentów) będą wyśmiewali naukowe badania. A wszystko jest autoryzowane przez premiera, który w arcybezczelny sposób atakuje ludzi dociekających prawdy.

W tym pseudopaństwie uczestniczą także przedstawiciele instytucji, które powinny dbać o praworządność. Prokuratura wojskowa kłamie i manipuluje, a klasycznym tego przykładem jest informacja o badaniach związanych z brzozą, o którą miał się rozbić w Smoleńsku rządowy tupolew. Owszem, na zlecenie wojskowych śledczych specjalistyczna firma wykonała analizę, tyle tylko, że w jej ramach nie przebadała brzozy.

Poklepywania i ukłony

Do walki z jedyną realną opozycją są zaprzęgani wszelkiego rodzaju klakierzy rządowej ekipy. Pochlebcy ci, skuszeni kasą i „sławą”, zrobią wszystko, by przedłużyć agonię platformerskiego parapaństwa. A przecież gołym okiem widać, że można mówić o śmierci tego tworu. Gigantyczne zadłużenie, marginalna pozycja Polski w Europie, brak jakichkolwiek perspektyw wyjścia z kryzysu – to jedynie kilka konsekwencji rządów Platformy z całej bogatej ich listy. Dlatego nerwowo poszukiwane są sposoby umożliwiające dalsze jej trwanie przy władzy. Rozwiązaniem dla tej ekipy może być zbudowanie nowej formacji. Obecna sytuacja polityczna bardzo przypomina to, co działo się w AWS i Unii Wolności pod koniec lat 90. Po całkowitej marginalizacji UW narodziła się nowa formacja ze starymi twarzami – była nią Platforma Obywatelska. W cieniu pozostali prawdziwi ojcowie PO – funkcjonariusze służb specjalnych PRL u, do czego publicznie po latach przyznał się Gromosław Czempiński, w czasach Polski Ludowej funkcjonariusz wywiadu, a w III RP szef Urzędu Ochrony Państwa.

Część społeczeństwa z radością przyjęła narodzenie się „nowej formacji”. Miała to być formacja pełna prawych i mądrych polityków, dodatkowo bywałych na europejskich salonach. Po pewnym czasie okazało się, że ani oni prawi, ani mądrzy, a ich „europejskość” sprowadzona została do ukłonów przed Władimirem Putinem i podlizywania się Angeli Merkel.

Teraz, gdy mamy do czynienia z malejącym poparciem dla PO, tworzy się formacja Jarosława Gowina. Ma ona być antidotum i na PO, i na PiS. Jej konstruktorzy liczą na przejęcie sporej części „prawej strony” – zarówno części PiS, jak i tych, którzy odeszli z formacji Jarosława Kaczyńskiego. Najbliższym celem jest zwycięstwo w zbliżających się wyborach do europarlamentu oraz w wyborach samorządowych. Kolejnym – wybory prezydenckie i parlamentarne.

Bolesne przebudzenie

Najważniejszym jednak problemem polskiej polityki jest stosunek rządzących do Rosji, on pokazuje ich prawdziwe intencje. Jakie one były w wypadku Donalda Tuska, przekonaliśmy się najpierw na sopockim molo w 2009 r., a później 10 kwietnia 2010 r. Warto przy okazji zaznaczyć, że Jarosław Gowin był przez półtora roku członkiem jego rządu i autoryzował działania premiera.

Trudno też nie dostrzec skrajnej prorosyjskości lokatora Pałacu Prezydenckiego. Nie bez powodu jego rezydencja coraz częściej nazywana jest Pałacem Namiestnikowskim. To, że nie jest to przesadne określenie, potwierdza obserwacja działań Biura Bezpieczeństwa Narodowego kierowanego przez szkolonego w Moskwie generała. Wystarczy popatrzeć na uściski Bronisława Komorowskiego z kagebistą Nikołajem Patruszewem, by nie mieć wątpliwości co do obecnego kierunku naszych sojuszów. Żeby dopełnić szkicowanego tu obrazu obozu władzy, warto dodać, że szefa naszego MSZ bardziej interesują stylowe meble i posada w strukturach międzynarodowych niż interes własnego państwa.

Patrząc na obecną ekipę rządzącą Polską, trudno nie zadać sobie kilku pytań. Co takiego się stało, że ci politycy tak potwornie się zmienili? Dlaczego – wydawałoby się – kiedyś przyzwoici, walczący o wolną Polskę ludzie, dążą dziś do zniewolenia własnego narodu? Dlaczego jedyne, co ich motywuje, to dążenie za wszelką cenę do ciężkiej kiesy i pełnego brzucha? Odpowiedź jest prozaicznie prosta: władza. Władza, dzięki której można na każdy weekend polecieć z Warszawy do domu, biegać ile się chce za piłką, błyszczeć w Brukseli i TVN.

Krótkowzroczność ekipy PO może szokować – właśnie prawa wyborcze nabywa kolejne pokolenie, które już nie jest wychowane przez TVN i „Gazetę Wyborczą”. Zapewniam więc obecnie rządzących, że przebudzenie będzie bardzo bolesne.