Od wczoraj trwa wizyta prezydenta Bronisława Komorowskiego w Izraelu. Nie jest ona łatwa, bo relacje polsko-żydowskie nigdy nie były aksamitne. Dlatego też tym bardziej dziwi fakt, że kancelaria prezydencka zmarnowała okazję do uczczenia ofiar Holokaustu.

Tą okazją była 70. rocznica „krwawej środy”, czyli 3 listopada 1943 r., kiedy to na Lubelszczyźnie odbyła się największa w historii niemieckich obozów egzekucja. W obozie niemieckim na Majdanku esesmani rozstrzelali 18 tys. Żydów, będących obywatelami II Rzeczypospolitej. W tym samym dniu w podobny sposób niemieccy oprawcy zgładzili żydowskich więźniów w obozach w Trawnikach i Poniatowej. Łącznie zginęło tego dnia 42 tys. osób. Działo się to w ramach akcji nazwanej ironicznie „Erntefest” (dożynki). Na niedzielnych uroczystościach rocznicowych na Majdanku pojawiła się tylko garstka osób. Żadnych ważnych dygnitarzy z rządu i kancelarii prezydenckiej. Kto zawalił? Minister Tomasz Nałęcz, chlubiący się swoją wiedzą historyczną, i Henryk Wujec, rodem z Lubelszczyzny, który ma się za przyjaciela mniejszości narodowych. Strzelili oni w stopę swojemu pryncypałowi, który wcześniej czy później będzie musiał się z tego tłumaczyć.