Jarosław Gowin twierdzi, że Donald Tusk to dziś Leszek Miller z okresu afery Rywina. Podobne tezy powtarza też kilku publicystów i polityków.

Być może mają krótką pamięć i kolejna korupcyjna afera w PO poraziła ich tak, że głoszą rychły upadek tej partii. Jednak nie mają racji. Po aferze Rywina lider SLD zaczął mieć poważne kłopoty nie dlatego, że wydała się technika sprawowania przez niego władzy. Kłopoty pojawiły się, bo rozpoczął spór z „Gazetą Wyborczą”, bo przeszarżował w negocjacjach z jej środowiskiem na temat kształtu ustawy medialnej. Najkrócej rzecz ujmując – wywołał wojnę w postokrągłostołowym establishmencie. W jej wyniku rywinowska komisja śledcza odsłoniła mechanizmy działania skorumpowanej władzy. Nie udałoby się to, gdyby nie ów konflikt, który sprawił, że część mainstreamowych mediów mogła to rzetelnie opisywać. Dziś Donald Tusk nie ma takich problemów. Korumpowanie działaczy partyjnych na Dolnym Śląsku to małe piwo wobec na przykład afery hazardowej. Tusk, ukręcając jej przed laty łeb, już wtedy przegonił Millera. Jasne jest, że dziś, pod rządami PO, afera Rywina po prostu nie zostałaby ujawniona. Tak jak w ukryciu zostało wiele innych, skrzętnie przykrywanych przez – jak wszystko w systemie Tuska – skorumpowane media.