Szczególny miesiąc. Uświadamia, że prywatna, na wskroś osobista historia spleciona jest z losem wspólnoty niczym wątek z osnową w fakturze tkaniny. W listopadzie właśnie najłatwiej się przekonać, że przed rozpaczą indywidualnej egzystencji rozwijającej się ku śmierci broni nas budowany wysiłkiem wielu pokoleń rytuał kultury.

Kiedy w Zaduszki zapalamy znicz na grobie kogoś bliskiego, kiedy w myśli i modlitwie łączymy się ze zmarłym, doświadczamy wzruszenia, które bywa wyrazem naszych najgłębiej skrywanych uczuć, miewa wręcz intymny charakter. Gdy jednak potem oddalamy się cmentarną aleją, widzimy wokół morze zniczy. Wątły płomyk, który sami zapaliliśmy, zamiast samotnie przygasać na wietrze, zlewa się z innymi i wspólnie biją łuną światła w listopadowe niebo. Ta łuna rozprasza mroki nicości, niebytu, zapomnienia.

Przestrzeń Pamięci

Co roku w Zaduszki Polacy dokonują potężnej mobilizacji, żeby odwiedzić rodzinne groby. Miliony ludzi wędrują na cmentarze, pokonując w tym celu nieraz dziesiątki i setki kilometrów. W dużych miastach gruntownie reorganizuje się komunikację, wielotysięczna rzesza harcerzy służy pomocą w kierowaniu ruchem tłumów oblegających nekropolie, na drogach policja wprowadza stan wyjątkowy pod nazwą Akcja Znicz. W badaniu CBOS-u sprzed dziesięciu lat 90 proc. ankietowanych deklarowało aktywny udział w celebrowaniu tego święta wspólnie z rodziną.

Wysiłku, jaki w Polsce wkłada się w pielęgnowanie grobów, nie sposób pojąć na gruncie życiowego pragmatyzmu. Tym bardziej że nie ogranicza się on bynajmniej do tych kilku listopadowych dni w roku. Cmentarze prawie nigdy nie bywają całkiem opustoszałe, w okresie Świąt Wielkanocnych i Bożego Narodzenia ruch bardzo się wzmaga. Ta determinacja wydaje się godna zastanowienia, zwłaszcza jeśli porównać ją na przykład z obyczajowością Szwecji, gdzie 40 proc. zmarłych nie ma ani nagrobków, ani nawet pogrzebów, ponieważ urn z ich prochami bliscy w ogóle nie odbierają z krematoriów.

W Polsce taki pomysł nie wpadłby do głowy chyba nawet najbardziej zaciekłemu spośród „modernizatorów”, choć pomstują oni na społeczeństwo jakoby zaczadzone wonią cmentarnych wyziewów, pogrążone w kulcie Tanatosa, zafascynowane śmiercią.

Porażające nieporozumienie. Upór, z jakim Polacy przechowują pamięć o zmarłych, wydaje się przeczyć tezom krytyków narodowej kultury. Ujawnia jej głęboką tęsknotę metafizyczną. Stanowi świadectwo nieustępliwej walki z rozkładem, zniszczeniem, anihilacją, czyli następstwami śmierci. Broni życia, bo konsekwentnie buduje i chroni przestrzeń, w której stratę i śmierć można pokonać, w której to, co zniknęło, nadal egzystuje. Przestrzeń pamięci.

Wspólnota żywych i umarłych

Indywidualna pamięć jest jednak zbyt wątła, by przezwyciężyć horror vacui. Migoce niepewnie niczym pojedynczy znicz na wietrze. Dopóki ma postać osobistego, nikomu nieznanego wspomnienia, pogłębia poczucie samotności, bezradność wobec przemijania. Dopiero gdy przekroczy wymiar jednostkowy, gdy utrwali się w umysłach wielu ludzi, zyskuje siłę zdolną ocalać przed niebytem gasnące światy, a więc również - dawać wiarę w ich istnienie, nieść nadzieję na przetrwanie mimo fizycznej zagłady.

Ta zbiorowa pamięć zakodowana jest w kulturze, w narodowych tradycjach i mitach. Być może w Polsce zaduszkowy obyczaj pozostaje tak niewzruszony również dlatego, że w naszej mitologii stał się w prawdziwym misterium za sprawą „Dziadów” Adama Mickiewicza. Ich II część upowszechniła wiedzę o prastarych ludowych źródłach tego misterium, ale część III stworzyła na jego kanwie projekt polskiego uniwersum, w którym duchy krążą wśród żyjących i wspólnie z nimi kształtują bieg dziejów.

Bardzo przenikliwie pisze o tym Krzysztof Koehler w wyśmienitym eseju opublikowanym ostatnio na łamach tygodnika „wSieci”: „Ten dramat, takie jest moje najgłębsze przekonanie, to nie tylko literatura. […] »Dziady« są obrzędem. Guślarzem jest człowiek duchowy - autor dziadów; uczestnikami - ci, którzy z dziełem obcują. […] Mickiewicz, tylko on formuje archetypy polskich postaw, podsuwa lustro. Ale i - jak to powiedzieć?! - żłobi, wykuwa koleiny polskiego losu! Matka zatroskana o syna będącego w łapach bezwzględnych oprawców? Ile tych matek w naszej historii, po niej, przed nią! A synowie? Ilu z nich wejdzie w »rolę« wyznaczoną przez młodego Rollisona. A uwięzieni w celach w noc wigilijną?! Przecież przez wieki będzie przetaczał się ów czarny, trochę wisielczy humor, który jakoś osłonić ma rozpacz. Czy my mówimy o Powstaniu Warszawskim? A może o strzelaninie na Wybrzeżu? […] Uważam, że moc tego dzieła, jedynego w naszej literaturze, nie tylko polega na tym, że został w nim »zapisany«, »zamknięty« polski los. Uważam, że wyjątkowość »Dziadów« polega tak samo na tym, że Mickiewicz przedstawił w nim działanie i istnienie polskiej zasady, owej wspólnoty doświadczenia żywych i już umarłych”.

W obrębie tej wspólnoty sens własnej egzystencji człowiek rozpoznaje w pełni dopiero wówczas, gdy wydobywa się z potrzasku osobistego, prywatnego cierpienia i gotów jest dzielić cierpienie bliźnich, „kochać wielu”. Wtedy umiera Gustaw, a rodzi się Konrad.

Podszepty duchów

W polskiej perspektywie mitologicznej listopad rozpoczynają „Dziady”, a kończy „Noc listopadowa”. Mickiewiczowska kosmologia wniknęła w wyobraźnię Wyspiańskiego. Makrot, zdrajca i donosiciel, powiada do Wielkiego Księcia: „Tak teraz jest listopad - więc baczne mam słuchy./ Jest to pora, gdy idą między żywych duchy -/ i razem się bratają”.

U Wyspiańskiego duchy są inne niż u Mickiewicza, przybywają z Olimpu pod postacią antycznych bogów, ale pełnią dość podobną funkcję: uczestniczą w losie narodu. Kierują wzrok żyjących poza horyzont widzialnej rzeczywistości, budzą wolę męstwa i szlachetności, każą pokonać gnuśność, strach i konformizm, poświęcić własną wygodę w imię wzniosłych ideałów. Gdy Chłopicki wzdraga się przyłączyć do spiskowców („Dzieci to z ogniem igrają”), Nike Napoleonidów wzywa do działania. „Do broni! Do broni! Pókiż będziecie spać w podłej niewoli?!”. Zaś Pallas Atena woła do Wysockiego: „Będziesz nieśmiertelność mieć!”.

Listopad wydobył niegdyś Polskę z niebytu, przyniósł jej niepodległość. Wywalczyli ją ludzie wychowani na lekturze Mickiewicza i Wyspiańskiego, uformowani w obrębie tej dziwnej kultury duchowej, w której zmarli współdziałają z żywymi, mobilizując ich do wysiłku w walce o istnienie świata, który kiedyś tworzyli. Zakrzyczawszy podszepty swoich duchów, ten świat musi zginąć. Zostawi wówczas jednostkę na pastwę jej indywidualnej rozpaczy. Na razie jednak szept wciąż jeszcze przebija się przez zgiełk ponowoczesności. Najmocniej jesienią, kiedy odwiedzamy groby, obchodzimy rocznicę odzyskania niepodległości i wybuchu powstania listopadowego. Kiedy przeszłość wzywa nas, byśmy sprostali jej oczekiwaniom.

Dlatego „to dla Polski niebezpieczna pora”. Niepokojąca dla wszystkich, którzy nienawidzą narodowej wspólnoty, a nie mogąc jej unicestwić, pragną utrzymać ją w stanie letargu.