W epilogu „Róży" Żeromskiego Bożyszcze strząsa na pierś martwego bohatera „ostatni płatek róży dzikiej". Kwiat przestaje być zwykłym kwiatem, przeistacza się – jak we mszy świętej. Taka jest moc arcydzieł.  

W dopisanym później prologu Żeromski wzywał, by w wolnej Polsce „różę czarującą" ustanowić jako znak sławy, jako nagrodę za bohaterstwo, cnotę i geniusz. I przez lata taka nagroda była przyznawana przez różne gremia poetom, młodym naukowcom i innym bohaterom walk o kulturę. W Kielcach przyznawano Dziką Różę najlepszym aktorom i pracom Teatru im. Żeromskiego. Tradycja ta może jednak zostać zerwana, a nagrodą stanie się Tłusty Indyk lub Fajansowy Garbus. Na wniosek dyrektora teatru mgr. Piotra Szczerskiego placówka ta wywala z nazwy Żeromskiego i bierze na patrona Mrożka. Czy próbuje małpować Radom, gdzie robią festiwal Gombrowicza, czy chce wybić się na śmierci Mrożka – dyrektor raczej się nie przyzna. Wygłosi kilka bardziej wzniosłych argumentów.

Festiwal dowcipasów

Argumentów za tą zmianą padło wiele: że Mrożek wypromuje teatr, że pozwoli wyjść z kieleckich opłotków, że spoczął przecież w Panteonie Narodowym, że Żeromski jest nie do czytania i nie do grania etc. Popierający Szczerskiego miejscowy polonista, honorowy obywatel Chmielnika prof. Stanisław Żak poparł dyrektorskie argumenty na łamach miejscowej „Wyborczej": „Zmieniając obecnego patrona na nowego, wprowadzamy nie tylko teatr, ale i miasto w kulturalny (teatralny) świat europejski. Jakim sposobem? A takim, że Mrożek jest dramaturgiem rangi nie tylko europejskiej, ale światowej. Jego grają teatry w Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, Włoszech, Skandynawii... Gdy się zorganizuje Festiwal Mrożka, to pojawią się w Kielcach teatry z tych właśnie krajów […], zmieniając patrona kieleckiego teatru, wychodzimy z Klerykowa i Łżawca, czyli z prowincji".

Profesora i dyrektora poparła w internecie jakaś Ewa Ż: „Nazwanie teatru imieniem Żeromskiego jest grubym nieporozumieniem. Stefan Żeromski jest autorem tylko jednej sztuki »Róża«, która jest majakiem, a nie klasyczną sztuką teatralną. […] Mrożek to człowiek teatru, autor prawdziwych sztuk".

Ponieważ inni entuzjaści zmiany powtarzają zbliżone argumenty – zamiast mnożyć cytaty, spróbujmy im się przyjrzeć. Podwyższanie Mrożka przez poniżanie Żeromskiego zostawmy chwilowo z boku.

Więc po pierwsze: właśnie postulat zmiany patrona jest dowodem ugrzęźnięcia w opłotkach, a i sporej dezorientacji. Mrożka grano, gdy „Tango", w którym tępak terroryzuje mieszczańską rodzinkę, uchodziło za metaforę budowy komunizmu. Teraz mało kto o tej sztuce w Europie pamięta, pozostałe zbyt znane nie były, a hałas wywołany śmiercią dramaturga wkrótce ucichnie. Nie wiem, jakie pieniądze trzeba będzie płacić teatrom z Paryża czy Londynu, by zechciały przyjeżdżać do Kielc i dorzynać na tutejszej scenie np. „Indyka". A przecież trzeba także wynająć publiczność, podkupić dziennikarzy… Ktoś wciąż za coś mści się na Kielcach i chce je doprowadzić do bankructwa.

Po drugie: Mrożek był trochę imitacją Witkacego – i jak to imitacje wcześniej zaczął rdzewieć. Bez politycznych podpórek można oglądać ledwie parę rzeczy: wspomniane „Tango", „Emigrantów" i dwa rozbudowane skecze: „Policja" i „Dom na granicy". To jest dobre. Reszta to indyk bez jaj. Na pełnym morzu. Zamiast festiwalu Kielcom zagraża „Rzeźnia", „Rzeźnia" i jeszcze raz „Rzeźnia". 

Kawalarz kontra dramaturg

Mrożka można porównać z Różewiczem i obu przereklamowanym twórcom przyznać wspomnianego wyżej Garbusa. W żadnym jednak wypadku przegadane skecze Mrożka (trudno to nazwać pełnokrwistymi dramatami) nie wytrzymują porównania z dziełami Żeromskiego. Nie da się przeciwstawić chudych i z roku na rok mniej śmiesznych opowiadanek dziełom tak wielkim jak „Popioły", tak wciąż aktualnym jak „Przedwiośnie".

Mrożek był rakiem na bezrybiu, pisał opowiadanka i przegadane skecze. Ani jedna z tych prac formą czy wagą poruszanego tematu nie dorównuje „Wiernej rzece" czy dramatycznej opowieści „Rozdziobią nas kruki, wrony". Wciąż czytane są „Dzieje grzechu": kiedyś matki chowały je przed córkami, teraz same im tę książkę wykradają. A przecież Żeromski to także porównywalna z Czechowem sztuka „Uciekła mi przepióreczka" (porównywalna na korzyść Żeromskiego!), to tragedia „Sułkowski (trzeba rozrywać rany polskie…)", to wreszcie arcydzieło „Róża", dla którego porównania znaleźć można nie u Mrożka, nie u dramaturgów PRL-u, ale aż w romantyzmie, dopiero u Krasińskiego. Stosunek do Żeromskiego jest swego rodzaju testem: boją się go niedouczeni poloniści i aktorzy niedający sobie rady z bogactwem  jego polszczyzny. 

Dług

Teatr kielecki jest dłużnikiem Żeromskiego. W swoich dziejach tylko raz zdobył niekłamany rozgłos – kiedy sięgnął po „Różę". Spektakl roku 1979, moralny zwycięzca stołecznego przeglądu. Poeta i krytyk Jerzy Tomaszkiewicz pisał: „Wydarzeniem sezonu teatralnego w Warszawie w 1979 r. nie jest »Krawiec« odkurzony przez Teatr Współczesny, nie »Dziady« przykrojone przez Hanuszkiewicza na małą scenę w Teatrze Małym tylko »Róża« pokazana gościnnie przez Teatr im. Żeromskiego w Kielcach". Sposobem wyrażenia uznania był też donos partyjnego nadzorcy teatru Romana Szydłowskiego (Szancera), który uznał warszawski pokaz za „antyradziecki incydent". 

Przypomnijmy, że ów piękny incydent reżyserował Henryk Giżycki, że scenografię stworzył Józef Napiórkowski, że grający Czarowica Jacek Strama dostał za swoją rolę właśnie Czerwoną Różę – tę Żeromskiego. Potem dostał nagrodę na festiwalu w Opolu. Aktorzy grali jak w transie – Wacław Ulewicz jako Bożyszcze, Janusz Rafał Nowicki jako Anzelm, obydwaj zagrali jednocześnie w tej sztuce kilka innych ról.

Do tej tradycji, do sztuk trudnych, a mądrych trzeba wracać – zmuszają do wysiłku, dają szansę wielkości. Mrożek to dowcipna przeciętność. A że złożono tę przeciętność w Panteonie Narodowym? Cóż – bohaterem nie był, raczej lizusem, jak większość twórców PRL-u, pisał też, aby łaskotać, ale żeby się nie narazić. Pomagał władzom stwarzać pozory wolności. Poza tym ten fatalny apel literatów, który podpisał po zakończeniu procesu krakowskich księży, gdy trzech skazanych oczekiwało na wykonanie wyroków śmierci… 

Apel to mniejsze świństwo, było i większe

Próbowano w tej sprawie bronić Mrożka kłamstwami, że podpis od niego „wyłudzono" jakimś podstępem. Bzdura! Podpisał, bo chciał żyć dobrze z władzą, nie chciał się wyłamywać, gdy podpisywały takie autorytety moralne jak Błoński, Machejek, Markiewicz, Miecugow, Mortkowicz-Olczakowa, Słomczyński, Szymborska, Włodek, Załucki etc. etc. Był to akt zbiorowego serwilizmu, mówiąc brutalnie dupodajstwa. Zbiorowo się podpisali, zbiorowo potem się usprawiedliwiali, że inaczej nie było można, zbiorowo sobie wybaczyli. Na pół wieku udało się im zapomnieć, przez pół wieku nie wracano do sprawy. I nie o ten podpis miano pretensje do Mrożka. Nawet czyny haniebne muszą mieć jakieś granice – a Mrożek wówczas te granice przekroczył. Z pieśnią na ustach. Postanowił przebić wszystkich w „dawactwie" i napisał do „Dziennika Polskiego" artykuł „Zbrodnia główna i inne". A w nim tak pisał o sprawie księży:
„Zdrada, dobijanie rannych, wykolejanie młodzieży, nadużywanie zaufania, nadużywanie uczuć ludzi wierzących, kradzieże, kombinacje czarnogiełdowe – to wszystko spiętrzyło się wokół oskarżonych i wokół kurii w procesie krakowskim. […]
Wierzący wierzyli: mężowie kościoła (!). Nie wiedzieli – baza czarnej giełdy […] Nie wiedzieli o kontaktach z Andersem, ze sztabowcami armii amerykańskiej, stawianie na wojnę światową […].

Występowali zawsze – i musieli to stwierdzać – w imieniu amerykańskiego wywiadu, w imieniu politycznych interesów Watykanu, w imieniu interesów rządu Adenauera. Występowali – jeśli mówić o motywach osobistych – w imieniu osobistego zarobku na zdradzie, a jeśli można mówić o jakiejś sprawie ogólnej, to ich sprawa, za którą odpowiadali przed sądem, była sprawą rewizjonistów hitlerowskich […]".

I na zakończenie dowalił: „Dlatego potrzebna jest nasza czujność. Nie ma zbrodni, której byśmy się po nich nie mogli spodziewać. Zaciekłość niedobitków będzie tym większa, im bardziej będą się upodobniać do SS-manów, do »rycerzy płonącego krzyża« – Ku-Klux-Klanu, do brunatnych i czarnych koszul – występując w tym samym, co SS-mani, krzyżowcy i inni falangiści interesie. Ale jednocześnie tym bliżsi będą przegranej – oddalając się coraz bardziej od tego, co jest treścią życia i przyszłością narodu. Występując przeciw wszystkim żywym jego siłom. Walcząc z przyszłością, która – jak wiadomo od początku świata – zawsze staje się teraźniejszością".

Apel pisarzy pisany był z punktu widzenia przecwelonych dworaków. Tekst Mrożka – z punktu widzenia dziarskich ubeków. I o ten tekst krakowianie mieli i mają do dzisiaj największe pretensje.

Ostatnie jaja

Niektórzy byli nawet oburzeni, że chciano go pochować w Panteonie – cóż za brak poczucia humoru!

Mrożek jako się rzekło nie był geniuszem literackim, ale jajcarz był z niego genialny. Podobnie jak jego patron Witkacy. Obydwaj potrafili robić jaja z rodaków – nawet będąc na tamtym świecie. Pogrzeb Witkacego w postaci rosyjskiej baby w zdekompletowanym mundurze i pokładziny Mrożka w Panteonie w roli Patrioty i Wzorca przez duże „W" to jaja najwyższej próby. Średni, pełen różnych wad pisarz stał się symbolem polskiej średniości, koniunkturalizmu, tchórzostwa i innych wad narodowych. Żywym (przepraszam: coraz mniej żywym) wyrzutem sumienia. Lecz jeśli krakowscy eliciarze chcą to sobie poświęcić, jeśli chcą to latami odwiedzać niczym świąteczne, zaświatowe jajo sprzed lat – dlaczego im zabraniać? A jak się trochę uleży, ucukruje – przenieść trochę tych relikwii do Kielc!