Proszę nie nazywać mnie „profesorem", bo ten tytuł się „zdegenerował" – powiedział prof. Janusz Czapiński w radiowej pogawędce z Janiną Paradowską. A w jednej z telewizji dodał, że jego tytuł został „zohydzony" – sugerując, jak z radością podała gazeta Michnika, że chodzi mu o działania prof. Jacka Rońdy i prof. Chrisa Cieszewskiego. Pomijam manipulację, jaką jest zrównywanie obu tych naukowców. Ciekawe jest to, że Czapiński nie mówił o żadnym „zohydzaniu" i „degenerowaniu", gdy Władysław Bartoszewski – człowiek tytułowany profesorem (faktycznie nie wiadomo, czy uzyskał nawet magisterium), stawiany na piedestale przez PO – nazwał zwolenników braci Kaczyńskich „bydłem", w odróżnieniu od cywilizowanego „niebydła". Ciekawe jest również to, że Czapiński nie widział ohydy i zdegenerowania w postępowaniu prof. Zygmunta Baumana, który z ochotą pomagał instalować w Polsce zbrodniczy system, służąc w oddziałach KBW, a kilkadziesiąt lat później – po zdemaskowaniu – wyznał, że nie ma z czego się spowiadać, bo niczego nikczemnego w życiu nie zrobił. I wreszcie ciekawi mnie, czy Czapiński nie reagował dlatego, że byłoby to niemile widziane w SLD, z którego list kandydował kiedyś do Senatu.