Pani Bożenna Kucharczyk z Pułtuska przysłała mi fotokopie kilku dokumentów, mających związek z historią mojej rodziny. Dokumenty te, pochodzące z pierwszych lat XX wieku, pani Kucharczyk odnalazła w pułtuskim archiwum. Na kilku z nich widnieje podpis mojego dziadka, ojca mojej matki, Wacława Baranowskiego. Przybycie dziadka do Pułtuska otoczone jest tajemnicą – nie wiadomo, kiedy tam się osiedlił, nie wiadomo też, dlaczego porzucił okolice Żytomierza (gdzie jego ojciec, a mój pradziadek, Szymon, miał prawdopodobnie majątek). Mógł wybrać jakąś inną miejscowość w zachodnich guberniach Cesarstwa – w tym wypadku nie byłoby mnie na świecie. W narodzinach (jakiegokolwiek życia) nie ma nic koniecznego – można się urodzić, ale można się też nie urodzić; konieczna jest tylko śmierć. W pierwszych latach XX wieku dziadek był nauczycielem historii w pułtuskim gimnazjum, ale w roku 1905 wyrzucono go z pracy, w czasie strajku szkolnego opowiedział się bowiem po stronie uczniów. W roku 1906 poślubił pannę Alinę Rau, córkę właścicieli sąsiadującego z Pułtuskiem majątku Kleszewo. Przy okazji ślubu zmienił wyznanie – z prawosławnego na ewangelicko-augsburskie. To już niemal wszystkie wiadomości, jakie posiadam na temat młodości dziadka Wacława (którego nie znałem – umarł w roku 1929), ostatnia jest zaś taka. Na dokumentach, które przesłała mi pani Kucharczyk, oraz na akcie ślubu z Aliną Rau, podpis dziadka wygląda tak: Wiaczesław Baranowskij. Nie Wacław, lecz Wiaczesław. Ta wiadomość prowadzi do pytania, kim był wtedy mój dziadek – Rosjaninem czy Polakiem? Pytanie następne jest zaś takie. Co takiego było wówczas w polskości – a pamiętajmy, że to była polskość rozszarpana przez zaborców, polskość podbita, zniewolona, pohańbiona – co więc takiego w niej było, czym ona wówczas przyciągała i wciągała, że na początku XX wieku ktoś, kto miał na imię Wiaczesław i ochrzcili go w cerkwi – wolał być Polakiem niż Rosjaninem? Z losów mojego ewangelicko-prawosławnego dziadka wyciągam wniosek, że musiała ona być, nasza ówczesna pohańbiona polskość, czymś wspaniałym, czymś potężnym i przepięknym. I jeszcze jedno mamy tu pytanie. Czy teraz polskość nasza jest równie wspaniała, równie atrakcyjna, równie piękna? Czy nadal, jak sto i dwieście, i trzysta lat temu, fascynuje, przyciąga i wchłania – i asymiluje tych, którzy, słysząc jej głos, tajemnicze wezwanie, nie mogą mu się oprzeć i postanawiają zostać Polakami? A jeśli nie fascynuje, nie przyciąga – to dlaczego?