Medialny szum wokół pedofilii w Kościele, choć niewątpliwie niesprawiedliwy i przesadzony, może stać się także ważną lekcją dla katolików. W ten sposób bowiem przerabiamy ważną katechezę o realnej sile grzechu i miejscu grzeszników w Kościele.
 
Natężenie informacji o przestępcach w sutannach musi oczywiście irytować rozsądnego człowieka. Nie ma bowiem wątpliwości, że ta medialna nagonka wynika nie z troski o Kościół ani nawet nie z obaw o dzieci, ale z chęci przyłożenia jedynej wspólnocie, która ma odwagę sprzeciwiać się hedonizmowi i panseksualizacji współczesnej cywilizacji. Tylko ślepy nie dostrzega też, że Kościół jest w debacie traktowany zupełnie inaczej niż inne instytucje, szczególnie jeśli te ostatnie wyrastają raczej z tradycji lewicowej czy liberalnej.
 
Nikt nie domaga się zamknięcia Daniela Cohn-Bendita, choć nie ulega wątpliwości, że zachwalał on pedofilię, a wiele wskazuje na to, że także ją praktykował. Roman Polański, gdyby był księdzem, zostałby odsądzony od czci i wiary, ale jako reżyser uchodzi za autorytet moralny i włos z głowy mu nie spadł. Każdy zaś, kto go krytykuje, jest atakowany jako moralny rygorysta i człowiek niedostrzegający szczególnego miejsca artystów w społeczeństwie. O tym zaś, że wśród pedofilów jest nadreprezentacja homoseksualistów, nie wspomina już nikt. Byłoby to bowiem sprzeczne z najważniejszym dogmatem współczesnych liberałów, głoszącym, że homoseksualizm jest niemalże świętością, cudem, nad którym można się tylko pochylać z pełnym podziwem. Każda zaś prawda, która by tę opinię podważała, musi zostać odrzucona i potępiona.
 
Iść drogą Kościoła
Trudno więc się dziwić, że w reakcji na opisaną wcześniej hipokryzję środowisk laickich wspólnota wierzących odrzuca ze złością zarzuty, i to nawet te, które - niestety - są prawdziwe. Niesprawiedliwy atak powoduje nieproporcjonalną, a niekiedy wręcz nieracjonalną obronę, także tych, których bronić się nie da, a niekiedy nie należy. Błędem jest także, jak sądzę, udawanie, że problemu w ogóle nie ma. Równie błędny jest postulat, by o nim nie rozmawiać. Z faktu, że jakiś temat wykorzystuje lewica czy postępowcy do krytykowania Kościoła, nie wynika, że on nie istnieje (nawet jeśli skala jest o wiele mniejsza, niż to sugerują media) lub tym bardziej że można go ignorować. W ten sposób niczego nie osiągniemy, a do tego damy broń do ręki krytykom Kościoła. O wiele racjonalniejszą postawą jest spokojne rozważanie zarzutów, oddzielenie tych, które mają racjonalne podstawy, od tych, które są dęte. Dzięki temu możliwe staje się spokojne rozwiązanie problemu. Na takie działanie zdecydował się zresztą polski episkopat, który powołał stosowne struktury, mające reagować na przestępstwa oraz jednoznacznie przeprosił za krzywdę ofiar. Gdy zaś z ust jego przewodniczącego padły nieodpowiednie słowa, to błyskawicznie wyjaśnił, że były one pomyłką. To - trzeba to powiedzieć - zupełnie inna postawa niż ta, na którą często decydują się prawicowi komentatorzy, którzy wybierając drogę udawania, że problemem są głównie liberalni dziennikarze (oni też nim są, ale nie to jest najważniejsza kwestia) lub ludzie, którzy o patologiach w obrębie polskiego Kościoła chcą i mają odwagę mówić.
 
Święty Kościół grzesznych ludzi
Ale medialna afera, jaka wybuchła wokół pedofilii księży, jest także świetną okazją do pogłębionej katechezy o naturze Kościoła i jego świętości. Niezwykle mocno wypowiada ją nieodmiennie papież Franciszek, który przypomina, że Kościół jest wspólnotą grzeszników, a nie samych świętych. Świętość Kościoła pochodzi zaś nie z ludzkich czynów, ale ze świętości Jezusa Chrystusa. - Możecie mi powiedzieć: ależ Kościół składa się z grzeszników, widzimy to każdego dnia. I to jest prawda: jesteśmy Kościołem grzeszników powołanych do tego, żeby dać się przekształcić, odnowić, uświęcić przez Boga. W historii istniała pokusa pewnych osób, które twierdziły: Kościół jest jedynie Kościołem czystych, tych, którzy są w pełni konsekwentni, a inni powinni być wyrzuceni. To nie jest prawdą, to herezja - podkreślał papież. I dodawał: Kościół „jest święty, ponieważ jest prowadzony przez Ducha Świętego, który oczyszcza, przekształca, odnawia. Nie jest on święty ze względu na nasze zasługi, ale dlatego że Bóg czyni go świętym, jest owocem Ducha Świętego i Jego darów. To nie my czynimy Kościół świętym. To Bóg, Duch Święty czyni Kościół świętym w swej miłości”.
 
I właśnie te słowa powinny stać się naszym mottem w dzisiejszej debacie. Oczywiście wśród ludzi Kościoła są: grzech, słabość, czasem okrucieństwo lub realne zło. Ale nie one decydują o wielkości Kościoła. Tym, co go funduje, nie jest także dobro dokonane przez ludzi Kościoła, ich zasługi dla ojczyzny, cywilizacji czy nas osobiście (choć one także są realne). U podstaw Kościoła leży, i to jest najistotniejsze, świętość Jezusa Chrystusa, moc Ducha Świętego, miłość Ojca. Kapłan grzesznik nie osłabia zatem Kościoła, choć może psuć o nim opinię, bowiem moc w słabości się doskonali.
 
Herezja doskonałych
Ta prawda o bosko-ludzkiej strukturze Kościoła, o tym, że jest on mocny świętością Boga, a słaby naszymi słabościami, nie ma usprawiedliwiać konkretnych pomyłek czy błędów. Ma nam jednak uświadamiać, czym jest on naprawdę. I jakie jest nasze w nim miejsce. Uświadomienie sobie, że świętość to nie jest nasza siła, nie jest nasza moc, ale coś, co Bóg daje nam jako wspólnocie - niekiedy wbrew naszym własnym porażkom czy błędom - może się stać podstawą naszego własnego nawrócenia. Niezwykle mocno przypomina o tym papież Franciszek. „Kościół, który jest święty, nie odrzuca grzeszników, nie odrzuca nas wszystkich, co wzywa wszystkich, przyjmuje ich, jest otwarty również na najbardziej oddalonych, wzywa wszystkich, by dali się otoczyć miłosierdziem, czułością i przebaczeniem Ojca, który daje każdemu możliwość spotkania z Nim, podążania do świętości. „Dobrze, ojcze, jestem grzesznikiem, mam wielkie grzechy, jak mogę się poczuć częścią Kościoła?”. Drogi bracie, droga siostro, właśnie tego pragnie Pan, abyś Jemu powiedział: „Panie, jestem tutaj, z moimi grzechami” [...] Pan pragnie słyszeć, że mówimy: „Przebacz mi, pomóż mi chodzić, przemień moje serce”. Pan może przekształcić serce. W Kościele Bóg, którego spotykamy, nie jest bezlitosnym sędzią, ale jest jak ojciec z ewangelicznej przypowieści. Możesz być jak syn, który opuścił dom, który dotknął dna oddalenia od Boga. Kiedy masz siłę, żeby powiedzieć: chcę wrócić do domu, znajdziesz drzwi otwarte, Bóg wychodzi Tobie naprzeciw, bo zawsze czeka na Ciebie. Bóg zawsze na Ciebie czeka, przytula Cię, całuje i wyprawia ucztę. Taki jest Pan” - mówił Ojciec Święty. I te jego słowa mogą być drogą dla nas, ludzi wierzących, pośród trudnych dróg oczyszczania i w trakcie kolejnych medialnych ataków na Kościół.