„Bywał u mnie w październiku i listopadzie 1863 r. Traugutt i wrażenie z niego, z jego uświęcenia i poświęcenia zostało mi do dziś dnia, jakby dar z niebios. Człowiek niezmiernie czysty, ideolog niedościgły, święta postać” – pisał pół wieku później, na kilka tygodni przed swoją śmiercią Stanisław Krzemiński, historyk, krytyk literacki.

Długo można cytować podobne świadectwa ludzi, którym dane było zetknąć się z Trauguttem. Dobrze ocenili go też potomni. Józef Piłsudski twierdził: „W końcu 1863 r. przychodzi do władzy centralnej – niestety zbyt późno – człowiek, który swoją potęgą woli, swoją umiejętnością rządzenia potrafił utrzymać powstanie, i to przez najtrudniejsze, bo zimowe miesiące. Był to jedyny w powstaniu dyktator faktyczny, który na swoich barkach zdołał je jeszcze przeciągnąć ku wiośnie, był nim generał Romuald Traugutt”.

Od stycznia do połowy października 1863 r. na czele Powstania Styczniowego stało dwóch dyktatorów – Marian Langiewicz pełnił swoją władzę przez tydzień, a Ludwik Mierosławski przez trzy tygodnie. Tymczasem w składzie Rządu Narodowego możemy doliczyć się w tym czasie ośmiu zmian. Nie były spowodowane jednak aresztowaniami przez carską policję, ale wewnętrznymi konfliktami wśród ugrupowań go tworzących (przykładem ich ostrości może być polityczny mord dokonany na jednym z najzdolniejszych młodych przywódców Stefanie Bobrowskim) bądź nieudolnością jego członków.

Jesienią 1863 r. Rosjanie rozpętali terror, dążąc do szybkiego stłumienia powstania. Niemal codzienne aresztowania czyniły wyrwy w konspiracyjnych strukturach, a chętnych do ich łatania zaczynało brakować. Malały też perspektywy na militarną interwencję państw zachodnich.

17 października 1863 r. – dzień pierwszy

W warszawskim konspiracyjnym mieszkaniu rankiem 17 października 1863 r. zebrało się trzech dotychczasowych członków Rządu Narodowego. Wkrótce potem przybył Józef Kajetan Janowski. Miał zostać jednym z najbliższych współpracowników przyszłego dyktatora. Z wojskową punktualnością o 10.00 wszedł gen. Traugutt w towarzystwie Józefa Gałęzowskiego, dyrektora wydziału wojny. Przyjęto ich w milczeniu. „Po kilku chwilach, gdyśmy zajęli miejsca, zabrał głos generał. W krótkich energicznych słowach wypowiedział członkom Rządu gorzką prawdę w sprawie ich działania. Zakończył krótko, także po wojskowemu, oświadczając, że od tej chwili mogą zupełnie swobodnie rozporządzać swoimi osobami, gdyż przestają być Rządem Narodowym, a on sam ster tego Rządu obejmuje. Milczenie, jakby makiem posiał. Nikt więcej słowa nie powiedział, tyle było stanowczości, siły, a przede wszystkim prawdy w całym przemówieniu Traugutta. Wszyscy trzej członkowie w milczeniu podaniem ręki pożegnali się i wyszli bez słowa protestu, a może nawet z wewnętrznym w głębi duszy zadowoleniem, że przyszedł ktoś, co dobrowolnie brał na siebie ciężar wielki i bardzo niebezpieczny” – zapamiętał Janowski. Po południu dyktator przystąpił do pracy…

Charakter Traugutta ukształtowały wcześniejsze przeżycia. Dziadek walczył jako oficer w powstaniu kościuszkowskim, ale już ojciec był skromnym dzierżawcą wsi Szostaków. Tam też przyszedł na świat Romuald. Mamy nie pamiętał, zmarła, gdy miał dwa lata. Wychowaniem chłopca zajęła się babcia Justyna Błocka. To ona wpoiła wnukowi nie tylko przywiązanie do porządku, sumienności, ale przede wszystkim żarliwą wiarę i umiłowanie ojczyzny. W gimnazjum w Świsłoczy, w którym żywe były jeszcze filareckie tradycje, nie zaangażował się w niepodległościową konspirację. Młody, zdolny, inteligentny, z bardzo dobrymi wynikami w nauce, marzył o studiowaniu w petersburskim Instytucie Inżynierów Dróg Komunikacyjnych. Nie przyjęto go, zabrakło koneksji i pieniędzy… Złożył więc egzaminy „na junkra sape-rów” do wojskowej szkoły technicznej. Jako saper wyruszył w korpusie ekspedycyjnym Iwana Paskiewicza tłumiącego węgierskie powstanie. Zapamiętał obrazy hero-icznej walki Węgrów, poznał ich „szlachetny charakter” oraz „prawdziwą i gorącą miłość ku swej nieszczęśliwej i pognębionej piekielną przewrotnością ojczyzny”.

„Dmuchnąć tylko, a już by mnie nie było”

Jako młody porucznik spotkał córkę warszawskiego jubilera Annę Pikielównę. Zwróciła jego uwagę „z powodu uderzającej prostoty, prawości i prawdziwej dobroci serca”. „25 lipca 1852 roku zostałem szczęśliwym mężem Anioła” – napisał. Takie były też jego najbliższe lata. Rodziły się dzieci, a kiedy powinności wojskowej służby zmuszały do rozstania i wyjazdu na wojnę krymską Trauguttowi doskwierała tęsknota. Rozłąka trwała dwa i pół roku. Wkrótce stanął w obliczu niewyobrażalnego dramatu. Najpierw, w listopadzie 1859 r., zmarła ukochana babcia Romualda Justyna Błocka, w grudniu najmłodsza córeczka, w styczniu 1860 r. – żona Anna – jego Anioł – a za cztery miesiące maleńki synek… Pozostał sam z dwójką małych dzieci. Siłę odnajdywał w lekturze „Męki bolesnej Pana naszego Jezusa Chrystusa” Katarzyny Emmerich, ale i tak: „Dmuchnąć tylko, a już by mnie nie było [...]. Doktorów się żadnych nie radzę, bo na moje cierpienia wszelakie tylko Bóg lekarzem w niebie”. Chciał wstąpić do zakonu, ale za namową rodziny i radą spowiednika – pragnąc dzieciom zapewnić opiekę – ponownie się ożenił. Jego wybranką została wnuczka brata Tadeusza Kościuszki, Antonina. Uzyskał zwolnienie ze służby wojskowej i osiadł z rodziną, zajmując się gospodarstwem. Wtedy wybuchło Powstanie Styczniowe.

Traugutt zdawał sobie sprawę z małych szans na zwycięstwo, nie był jego zwolennikiem, ale nie zamierzał się uchylać od walki. Żona doskonale to rozumiała. Kiedy otrzymał propozycję dowództwa nad oddziałami formowanymi w powiatach kobryńskim, prużańskim i brzeskim, nie odmówił. Eliza Orzeszkowa, która zajmowała się dostarczaniem żywności do partii Traugutta, tak go zapamiętała: „Miał lat trzydzieści sześć i na wiek ten wyglądał, wzrost średni, budowę ciała więcej sprężystą i szczupłą niż silną, a w ruchach łatwych, pewnych siebie, w postawie wyprostowanej coś, co przypominało typy wojskowe. [...] Oczy niełatwo było dostrzec, bo okrywały je szkła okularów, lecz wśród owalu śniadej twarzy uwagę zwracały usta bez uśmiechu, spokojne i poważne”.

„Siła w kraju i narodzie, a nie za granicą”

Oddział liczący około 200 ochotników w krótkim czasie przemienił w przeszkolonych żołnierzy, prowadząc intensywne ćwiczenia. Wojskowe umiejętności Traugutta, gdy udawało się mu skutecznie walczyć z Rosjanami, przyniosły mu rozgłos. Dlatego gdy latem 1863 r. przybył do Warszawy i spotkał się z ówczesnym Rządem Narodowym, zaproponowano mu stanowisko jego komisarza i stopień generała. Otrzymał również pierwszą misję. Był nią wyjazd za granicę, gdzie miał się spotkać z polskimi i zagranicznymi przedstawicielstwami oraz dyplomatami, by przedstawić im sytuację w kraju oraz oczekiwania. Spotkał się z ministrem spraw zagranicznych Francji. Wracał już bez złudzeń, że Europa zrobi cokolwiek w sprawie wsparcia Polski, wiedział, że nie zrobi nic. W Krakowie rozmawiał z dowódcami wojskowymi: Hauke-Bosakiem, Czachowskim, Krukiem, Waligórskim… Byli pod wrażeniem jego planów skupienia całej walki między Wisłą a Bugiem, reorganizacji wojska. Po doświadczeniach swojej podróży na Zachód: „Widząc zawsze rzeczywistą siłę naszą w samym kraju i narodzie, a nie za granicą, zwróciłem całą uwagę na skarb i wojsko”. W 1300 dworach zorganizował stacje pocztowe, co usprawniło powstańczą komunikację – w każdym przez całą dobę czekały – gotowe do drogi w ciągu 15 minut – konie za zaprzęgiem. Wobec policyjnych represji w stosunku do kobiet chodzących w żałobie, co było manifestacją uczuć patriotycznych, nie chcąc narażać ich na szykany, zakończył narodową żałobę, tłumacząc: „Nie potrzebujemy protestować kolorem sukni, kiedy krwią protestujemy przeciw najazdowi”.