Był to rok 1975. Wracałem z międzynarodowego konkursu krótkiej prozy w Arnsberg w RFN-ie. Zboczyłem wówczas z powrotnej drogi i zatrzymałem się w Kolonii u Andrzeja Chileckiego, publicysty, współpracownika paryskiej „Kultury", który na jej łamach prowadził kronikę niemiecką.

Byliśmy z Andrzejem Chileckim rówieśnikami i łączyło nas wiele wspólnych doświadczeń. Rodzice Andrzeja z dziećmi po Powstaniu i obozie w Pruszkowie dotarli do Zakopanego i tu pozostali. Andrzej stał się zakopiańczykiem i choć był ceprem rodem z Warszawy, został życzliwie przyjęty przez miejscowych. Rodzice o poglądach zdecydowanie antykomunistycznych, ojciec piłsudczyk, uczestnik wojny 1920 r. Pracował jako urzędnik i jakoś przetrzymali najgorsze lata stalinowskiego terroru.

Z Zakopanego do Kolonii

Październik 1956 r. dotarł też do Zakopanego. Ożywili się ludzie, zaczęli mówić własnym głosem. Andrzej z grupą rówieśników mocno zaangażował się w rozmaite inicjatywy obywatelskie, organizowali zebrania, kolportowali ulotki, odezwy, domagali się rehabilitacji ofiar komunizmu na Podhalu, prawdy o legendarnym „Ogniu". Nawiązali kontakty z ośrodkami polskiej emigracji, „Wolną Europą" w Monachium, Londynem. Skończyły się te porywy do wolności aresztowaniem, bezpieka wkroczyła do akcji. Andrzej, który na jakiś czas przed wpadką pierwszy raz wyjechał na Zachód, do Zakopanego już nie wrócił. Odbył się proces młodych patriotów, zapadły surowe wyroki. Andrzej został skazany zaocznie na dziesięć lat więzienia za „szpiegostwo, działalność dywersyjną" i jeszcze inne przestępstwa. Został emigrantem politycznym. Po różnych perypetiach i pobycie w Wiedniu, Monachium osiadł na stałe w Kolonii.

Związał się z paryską „Kulturą", pisał do londyńskich czasopism. Założył rodzinę, żona Erica, naukowiec, pracowała w Instytucie Wschodnim, dwóch synów. Mieszkał w willowej dzielnicy miasta, pełnej zieleni. Poznałem jego teścia, emerytowanego adwokata, który nie uległ czarowi Hitlera. Podobnie jak jego idol, kanclerz Adenauer, czas hitlerowskiego panowania spędził na emigracji wewnętrznej. Przewidując klęskę wojenną, bardzo się obawiał, czy czerwona zaraza nie połknie całych Niemiec, i swoją jedynaczkę Ericę wysłał do dawnej niemieckiej kolonii, Afryki Południowo-Zachodniej (obecnie Namibii), tam spędziła kilka lat. Andrzej z dziećmi rozmawiał po niemiecku, teść nie godził się, żeby były choć po trosze Polakami. Stary kostyczny mecenas z Kolonii cały europejski Wschód traktował jak obszar dziki i całkowicie skomunizowany. Dyskutowaliśmy o tym i przywoływaliśmy opór powojenny w Polsce przeciw sowieckiej dominacji. Ale stary wielbiciel Konrada Adenauera słuchał nas ze zdecydowanym niedowierzaniem. – Ja, ja! – przytakiwał zdawkowo i z miłością spoglądał na wnuków. Zapewne cieszył się, że urodzili się tutaj i wyrosną na obywateli RFN-u, bez żadnych niepotrzebnych obciążeń.

Propozycja nalewki

Dla Andrzeja była to sprawa bolesna. Bardzo chciał, żeby było inaczej. Opowiadał chłopcom o nieznanym polskim dziadku, losach całej rodziny, cioci Ewie, wujku Piotrze. Czasem, żeby zbić teścia z pantałyku, wspominał okropności okupacji niemieckiej w Polsce, komory gazowe, bestialstwo hitlerowców. Stary mecenas tracił wtedy swoją konserwatywną wyższość światłego Niemca z Nadrenii. Denerwował się. Z synami Andrzeja grywałem w ping-ponga. Rozumieli trochę po polsku. Mili chłopcy. Erica, żona Andrzeja, pokazała fotografie z Namibii, pustynia, farma, bawoły, gazele i strusie. Miasto, w którym się uczyła i mieszkała w katolickim internacie prowadzonym przez zakonnice Niemki. To miasto nazywało się Swakopmund i leżało nad oceanem. Ulice nosiły nazwy: Kaiser-Wilhelm-Strasse, BismarckStrasse i jeszcze od nazwisk innych wybitnych mężów z pruskiej historii. Przypominało przedwojenny Zoppot. Ostatniego pożegnalnego wieczoru Andrzej zadzwonił do Józefa Mackiewicza w Monachium. – Dałem mu twojego „Księcia nocy" – powiedział. – Zobaczymy, czy przeczytał.

Porozmawiał chwilę i dał mi słuchawkę. Posłyszałem zaciągliwy, śpiewny głos, tak charakterystyczny dla tamtej północno-wschodniej krainy jezior Naroczy, Świtezi, rojstów, mszarów, oczeretów, puszczy Nalibodzkiej, Rudnickiej, rozrzuconych wśród pagórków wsi, chutorów, świronków, odryn. Naprawdę jakbym się znalazł na tej kresowej ziemi, której przecież wcale nie znałem. Byłem stremowany. Dla mnie Józef Mackiewicz był jednym z największych odkryć w literaturze polskiej. „Kontra" to pierwsza jego powieść, którą przeczytałem. Poraziła. Później zdobywałem wszystko, co wyszło spod jego pióra, poczynając od przedwojennych reportaży „Bunt rojstów". Ostatnią moją lekturą była „Lewa wolna". Ten rytm wojny przeżywany z kawaleryjskiej perspektywy, z siodła. Rozmach, wyraziste typy bohaterów, przyroda. Byłem jeszcze młody i chłonny. Zachłysnąłem się Mackiewiczem i niektóre fragmenty jego prozy czytałem po wielokroć. Dodawał mi ostróg do własnego pisania. Tak jak ułan, który spina konia ostrogami do galopu. Więc dukałem coś nieporadnie. Wielki pisarz zaś przyjaźnie, ciepło i tak zwyczajnie jak gospodarz gdzieś pod Surkontami czy Pikiliszkami na ziemiach Wielkiego Xsięstwa Litewskiego rozmawiał z nieśmiałym, oszołomionym przybyszem. Przeczytał „Księcia nocy". Pochwalił. A na koniec zaprosił serdecznie do siebie. „Napijemy się wódeczki, mam wystałą nalewkę na litewskich ziołach, mocna, przyjedź pan!".

Nastał stan wojenny

Nie mogłem wybrać się do Monachium. Nazajutrz miałem powrotny bilet lotniczy do Polski. Nigdy nie spotkałem się z Józefem Mackiewiczem. Ale tę rozmowę telefoniczną zapamiętałem na całe życie. Los mnie z nim jeszcze raz pośrednio zetknął. W kilka miesięcy po powrocie z RFN-u pewien młody Niemiec przywiózł przesyłkę od Andrzeja. Była to „Kontra" Józefa Mackiewicza z serdeczną dedykacją. Trzymałem tę książkę jak relikwię i pokazywałem tylko nielicznym wybranym. Nastał stan wojenny. Częste rewizje w mieszkaniu, naloty ubeków, zabierali maszynopisy, książki z emigracyjnych i podziemnych wydawnictw. „Kontrę" ukryłem u przyjaciół. Oni też niepewni byli swego bezpieczeństwa. Przeniosłem do innych zaufanych ludzi. Wędrowała. Aż zagubiłem jej tropy. Być może jest u kogoś. Żeby była. Czułem i czuję dotąd wdzięczność do Andrzeja Chileckiego. Zapamiętałem, jak daje mi słuchawkę telefonu i rozlega się charakterystyczny powolny głos ze wschodnim zaśpiewem.