Wydaje się, że gdyby „transformacja ustrojowa" w Polsce dokonywała się w innym czasie, gdy w świecie panowały inne mody intelektualne, oraz obowiązywały inne doktryny ekonomiczne i polityczne, przebiegłaby ona inaczej w różnych swoich aspektach i wymiarach. Moglibyśmy na tym wyjść i gorzej, i lepiej.

Gdyby na przykład transformacja zachodziła dzisiaj, gdy upadł dogmat nieomylnego rynku, przeminęła moda na prywatyzację sektora publicznego, gdy skończyło się potępienie interwencjonizmu państwowego, inną być może wybrano by strategię gospodarczą w Polsce. Niestety na początku lat dziewięćdziesiątych dominującą doktryną ekonomiczną był neoliberalizm.

Pułapki neoliberalizmu

W USA i Europie Zachodniej neoliberalizm miał skutki także pozytywne. Stanowił uzasadnioną reakcję na rozrost państwa opiekuńczego, na ekspansję biurokracji, tłumienie aktywności i przedsiębiorczości. Neoliberalizm przyniósł tam korzystną korektę polityki gospodarczej. W pokomunistycznych krajach Europy Środkowo-Wschodniej zastosowano go radykalnie, doktrynalnie i ideologicznie, na wielką skalę. Niemal tak jak kiedyś idee marksizmu, wymyślonego przecież też na Zachodzie, gdzie z biegiem lat przybrał łagodną postać idei socjaldemokratycznych, podczas gdy w Rosji zmutował w zabójczą formę bolszewizmu.

Gdyby nie panujący w Polsce w momencie transformacji klimat intelektualny, być może dawni marksiści – ludzie niebędący w stanie żyć bez jakiegoś wszechogarniającego dogmatu – nie uzyskaliby tak wielkiego wpływu na formułowanie nowej strategii gospodarczej Polski, być może dawni liderzy Solidarności z większym trudem pozbywaliby się swoich dawnych przekonań. Oczywiście i tak kręcono by lody, ale bez neoliberalnej legitymizacji naukowo-ekonomicznej, która była także legitymizacją moralną, byłoby to znacznie trudniejsze. Na pewno napływałby kapitał zagraniczny, część nieefektywnego przemysłu musiałaby upaść, ale znaczna część by przetrwała i pozostała własnością państwa, które prowadziłoby aktywną politykę prorozwojową.

Skutki obranej neoliberalnej drogi znamy – demontaż komunizmu przyniósł niewątpliwie poprawę warunków życia, lecz słabe państwo i ideologia wolnego rynku doprowadziło, jak słusznie ostatnio stwierdził Viktor Orbán, do kolonizacji Europy Środkowo-Wschodniej.

Ideały postępu

Z drugiej jednak strony mogliśmy także wpaść w inne pułapki, napotkać gorsze mody, trafić na fatalniejsze czasy. Ostatnio przypomniano, z oporami i niechętnie, o tym, jak to w latach sześćdziesiątych głoszono wolność seksualną także w odniesieniu do dzieci. Zaczytywanie się Zygmuntem Freudem, Wilhelmem Reichem i Herbertem Marcusem prowadziło do przekonania, że nieszczęścia naszej cywilizacji wynikają z represji seksualnej w dzieciństwie i tylko wyzwolenie pod tym względem dzieci, a nawet niemowląt, może zmienić tę opresywną i niszczącą cywilizację w cywilizację przyjazną człowiekowi i Ziemi.

Obecnie skrupulatni Niemcy, specjaliści od „przezwyciężania przeszłości", zajęli się i tą sprawą. Okazało się, że pedofilia nie jest przypadłością tylko duchownych Kościoła katolickiego. Historycy badają pod tym kątem przeszłość partii Zielonych, ujawniając bulwersujące fakty. Daniel Cohn-Bendit nie był wyjątkiem. Wystarczy spojrzeć na Zielonych i innych dawnych radykałów lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Wtedy mało jeszcze zajmowano się LGBT i nikt jeszcze nie afiszował się z homoseksualizmem. Pierwsze feministki narzekały na patriarchalizm ówczesnego ruchu protestu. Natomiast seks dorosłych z dziećmi uchodził w wielu najbardziej postępowych kręgach za akt wyzwolenia tych biednych, stłumionych, od urodzenia seksualnych istot, który będzie prowadził do wyzwolenia całej ludzkości, pozbawionej już nerwic i zahamowań. Teatrzyki seksualne objeżdżały przedszkola. Odbywały się kongresy pedofilskie. Oczywiście była to mniejszość, ale uznająca się za awangardę postępu. W wielu innych sprawach tej awangardzie postępu udało się odnieść sukces – wygrać ówczesną wojnę kulturową i trwale zmienić normy moralne, obyczaje i prawo. Ale fakt, że dziś z taką odrazą i oburzeniem reaguje się na ujawniane wypadki pedofilii, pokazuje, że „postęp" nie jest jednak linearny, że to, co uchodzi za emancypację, może zostać rozpoznane jako aberracja. „Zachód" stał się pod pewnymi względami bardziej konserwatywny niż był w latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX w.

Mogło być gorzej

Łatwo sobie wyobrazić, jak przebiegałaby polska transformacja w aspekcie kulturowo-obyczajowym, gdyby dokonywała się w tamtych czasach. Znamy przecież stan umysłowy polskich elit, stopień ich kulturowej samodzielności i ich skłonność do naśladowania wszystkiego, co jest właśnie modne w Paryżu, Berlinie czy Nowym Jorku. Luminarze polskiego dziennikarstwa zapewne przekonywaliby, że bez seksualnego wyzwolenia dzieci nie dokona się w Polsce modernizacja, nie zbudujemy autostrad, nie staniemy się prawdziwie europejscy. Lewicowe środowiska organizowałyby kolejne sympozja i wydawały książki, z których wynikałoby niezbicie, że to zaściankowa polskość stoi na przeszkodzie niezbędnemu aktowi emancypacji. Palikotowcy uwalnialiby nie tylko konopie. Może powstałaby opera wspierana środkami publicznymi, sławiąca odwagę pionierów pedofilii – coś w rodzaju optymistycznego „Petera Grimesa" dla ubogich. Jakaś dosadna polska „Lolita" dostałaby nagrodę Nike.

Na szczęście to „apogeum postępu" nas ominęło. Na szczęście wiemy, że pedofilia to zboczenie, choroba i przestępstwo, nawet wtedy, gdy nie łączy się z bezpośrednią przemocą fizyczną. Zrozumieliśmy, że postęp okazał się nie postępowy, ale przestępczy i obrzydliwy. I to napawa nadzieją, że tak może się stać w innych, podobnych wypadkach.