Radio Wrocław poinformowało z dumą, że „film o Lechu Wałęsie został nominowany do Oscara”. Nieco mnie to zdziwiło, bo do Oscara filmy nominuje Amerykańska Akademia Filmowa w styczniu lub lutym. A jak na razie „Wałęsa” jest tylko polską propozycją. W dodatku dzieło Wajdy zgłoszono bardzo pospiesznie, zanim w ogóle... film zobaczyli widzowie. I wszystko to na początku sezonu filmowego, który ponoć w polskim kinie zapowiada się wyjątkowo dobrze. Skąd więc ten pośpiech? Wygląda na to, jakby na siłę próbowano podnosić rangę filmu, a przy okazji lansowaną w nim wersję historii. Tytułowy bohater już puszy się, bo po Noblu czeka go Oscar... Sądzę jednak, że czeka go rozczarowanie. Już pokazy w Wenecji udowodniły, że nowy film Wajdy mało obchodzi światową krytykę. Najwyraźniej ani mit Wałęsy, ani Wajdy, nie są tak mocne, jak wmawiają sobie warszawskie saloniki. Ale to oczywiście nie przeszkadza obu panom cieszyć się „nominacją”...