Jest na frustrację wykluczanych lek skuteczny. To sytuacja, w której z roli np. lotniskowego pariasa przeradzamy się w pieszczoszka systemu kontroli bramkowej i sami jesteśmy uprzywilejowani.

Od dziecka jestem kibicem piłki nożnej. Powiedzenie zatem, że nie lubię bramek, w sensie że nie podobają mi się gole, brzmi w moich ustach cokolwiek idiotycznie. Całe szczęście, że w każdym, także w naszym ojczystym języku słowa miewają różne znaczenie, więc tytułu swojego tekstu wcale nie muszę się wstydzić.

Myślę, że wielu kibiców piłkarskich czy hokejowych odczuwa podobną niechęć do bramek, bo w dzisiejszym tytule felietonu mowa o tzw. bramkach antyterrorystycznych. Nie są one wcale wymysłem wdrożonym po ludobójczych atakach z 11 września 2001 r., jak mogłoby się zdawać młodszym czytelnikom. Nie lubię bramek antyterrorystycznych od momentu ich wprowadzenia przed wielu laty na lotniskach, a po 11 września także w wielu biurowcach, urzędach państwowych czy sądach. Nie toleruję tego momentu kontroli, tego wywlekania z kieszeni wszystkiego, co ma odrobinę metalu czy choćby – jak u palaczy czy przeżuwaczy gumy – skrawka folii aluminiowej. Nie trawię tej chwili obawy, gdy wchodząc w bramkę, nie jestem pewien, czy nie ukrywa się w którejś kieszonce jakaś wizytówka z wtopionym w nią metalowym paskiem, która sprawi, że zawyje brzęczyk i wszyscy zaczną patrzeć na mnie jak na groźnego bandytę.

Nie akceptuję całego tego mentalnego upokorzenia, które wiąże się z odzieraniem mnie z prywatności, tajemnicy, a przede wszystkim godności. Wiem, że to niemądre, ale twarze osób godzących się prowadzić proceder kontroli mnie i mojego bagażu zawsze wydają mi się zacięte, nieżyczliwe, wręcz nienawistne.

Od czasów, gdy nasz kraj nie był jeszcze ani w Unii, ani w układzie z Schengen, nie znosiłem jednak najbardziej bramek różnicujących. Widok swobodnie paradujących unijnych szczęściarzy i powoli przesuwającej się kolejki ludzi drugiego gatunku, w której zmuszony byłem wystawać, zawsze rodził u mnie poczucie frustracji, a nawet wściekłości. Ludzka małość wychodziła ze mnie w takich razach na wierzch natychmiast i dlatego do szczęśliwych uprzywilejowanych od początku odczuwałem nieskrywaną niechęć motywowaną zazdrością.

Ze wstydem wspominam satysfakcję, gdy w 1996 r., gdy zjeżdżałem z promu w szwedzkiej Karlskronie, w kolejce samochodów ustawiającej się, by dojechać do punktu odprawy granicznej, za moim autem stanęły dwa samochody z francuskimi rejestracjami. Szwedzi ustawili bowiem w porcie nie bramki dla unitów i nieunitów, lecz dla Skandynawów i nie-Skandynawów. Choć niechęć do bramek dyskryminujących wciąż we mnie tkwiła, przeważyła satysfakcja, że ci, którzy zawsze do tej pory korzystali z niedostępnych dla mnie przywilejów, obecnie dzielą mój los wykluczanego. Podłość mej natury wyszła ze zdwojoną siłą. Uzmysłowiłem sobie wtedy, że dyskomfort wywołany dyskryminacją da się uleczyć satysfakcją dyskryminowanego, który zobaczy uprzywilejowanego sprowadzonego do roli pariasa.

Jest jednak na frustrację wykluczanych lek jeszcze skuteczniejszy. To sytuacja, w której z roli np. lotniskowego pariasa przeradzamy się w pieszczoszka systemu kontroli bramkowej i sami jesteśmy uprzywilejowani. Wówczas dość łatwo zapominamy o dyskomforcie związanym z pokonywanymi w poczuciu upokorzenia bramkami i gotowi jesteśmy usprawiedliwiać system, który podwyższa nasz status do pozycji uprzywilejowanego.

Ciekaw jestem, ilu z moich kolegów po fachu, wchodząc do budynku sądu obok bramki, przez którą muszą cierpliwie przebrnąć nasi klienci, przestaje nienawidzić nielubiane do tej pory brameczki? Jeśli zatem nie uda się zwalczyć tych nieszczęsnych urządzeń antyterrorystycznych przy wejściach do naszych sądów, miarą uczciwości prawników – sędziów, prokuratorów, radców prawnych i adwokatów – byłaby rezygnacja ze swojego bramkarskiego przywileju.