Podawana przez naszych antyklerykałów jako przykład do naśladowania Europa Zachodnia dopuszcza dużo większą ingerencję religii w życie publiczne, niż ma to miejsce Polsce. Może więc rzeczywiście powinniśmy posłuchać polityków PO czy Palikota i w tej materii naśladować kraje takie jak Niemcy i Wielka Brytania.

Polska jest państwem wyznaniowym, konieczne jest ograniczenie finansowania Kościoła z budżetu, wpływy księży są zbyt duże, należy zakazać agitacji politycznej z ambony – oto zestaw haseł, jakimi szafują antyklerykałowie z Platformy Obywatelskiej, a także z Ruchu Palikota. Ich zdaniem miejsce religii i ludzi Kościoła w życiu publicznym to nic innego jak dowód na zacofanie Polski i powinniśmy brać przykład z krajów o ugruntowanej demokracji, takich jak Niemcy czy Wielka Brytania. Proszę bardzo, spełnijmy więc ich oczekiwania…

Ajatollahowie zza Odry
Gdyby patrzeć na świat przez okulary antyklerykalnych posłów PO czy Palikota, trzeba by było uznać, że Niemcy przy Polsce to kraj rządzony przez ajatollahów, tyle że chrześcijańskich. Wszak rządząca od lat w Niemczech partia w nazwie ma „chrześcijańska”. Jakby tego było mało, na czele tego państwa stoi teolog i długoletni pastor Kościoła ewangelickiego Joachim Gauck. Co gorsza, stał on na czele niemieckiego odpowiednika Instytutu Pamięci Narodowej, jakim jest Urząd ds. Akt Stasi. Po jego odejściu niemieccy klerykałowie (uwielbiający zapewne grzebać w życiorysach) nie wypuścili ze swoich łap akt bezpieki. Na czele urzędu postawili bowiem Marianne Birthler, byłą ewangelicką katechetkę i działaczkę kościelną. Spróbujcie sobie wyobrazić na czele IPN‑u w Polsce np. o. Aleksandra Jacyniaka SJ. O zgrozo, na czele niemieckiego rządu od lat stoi córka klechy kanclerz Angela Merkel. Wydawałoby się, że przynajmniej niemieccy socjaliści powinni być wolni od klerykalnej zarazy. Nic bardziej błędnego – wystarczy bowiem wymienić nazwisko Markusa Meckela, również wieloletniego luterańskiego katabasa, a przez lata deputowanego do Bundestagu.

Niemiecki lud wręcz jęczy pod jarzmem klerykalizmu. Dość powiedzieć, że przymusza się tam obywateli, by wobec urzędników państwa ujawniali swoją przynależność wyznaniową bądź deklarowali, że są ateistami lub bezwyznaniowymi. Każdy, kto ujawni swoją przynależność wyznaniową, nie zazna już spokoju. Zobowiązany będzie bowiem do płacenia daniny zwanej Kirchensteuer, czyli podatku kościelnego. Nie ma przebacz, deklarujesz, że jesteś wierzący – płacisz, a jak nie chcesz, to jesteś traktowany jak oszust podatkowy. Kiedy jednak oficjalnie zadeklarujesz, że jesteś niewierzący lub bezwyznaniowy, możesz się liczyć z następnymi represjami ze strony katolskich czy ewangolskich klechów. Zamarzysz o pięknym ślubie w kolońskiej katedrze lub Berliner Dom – zapomnij. Klechy odeślą cię z kwitkiem. No chyba że twój partner płaci przymusową daninę na kościół, to wtedy księża łaskawie dopuszczą cię przed ołtarz.

Niemiecki klerykalny fiskus
Okowy klerykalizmu pętają nawet dzieci i młodzież. Rodzice przyznają się do wiary w Boga? U Niemca nie ma przebacz. Dzieci będą musiały biegać na katechezę, a absencja na lekcjach religii będzie traktowana tak samo jak nieobecność na matematyce czy historii. Nie trzeba chyba dodawać, że niemieccy katecheci opłacani są z podatków obywateli. Jednak na tym nie kończy się religijna opresja w szkole. Otóż, o tempora, o mores, religia w Niemczech jest dopuszczona jako przedmiot maturalny. Jakby tego nie było dosyć, państwowe uniwersytety wręcz wymagają, by ją zdawać, jeśli chce się studiować teologię lub religioznawstwo. Na szczęście w Polsce to nie do pomyślenia, choć takie klerykalne postulaty i u nas się pojawiają. Na szczęście minister Szumilas w imieniu PO mówi temu twarde i zdecydowane „nie”. Macki niemieckich klerykałów sięgają jednak znacznie dalej niż granice Republiki Federalnej – choć należałoby chyba mówi o Republice Klerykalnej. Otóż jeśli jakiś cudzoziemiec mieszkający w RFN-ie wypisze się z Kościoła, chcąc zaoszczędzić na Kirchensteuer, może o tym zostać powiadomiona jego rodzinna parafia gdzieś w Ostrołęce czy Asyżu. A wtedy żegnajcie kościelne śluby, chrzty i pogrzeby nawet poza Niemcami. Normalnie klerykalna globalna mafia. Klechy bowiem nie odpuszczają. Nasi rodacy pracujący w Niemczech, chcąc zerwać z okowami klerykalizmu, ale i zaoszczędzić na podatku, deklarują, że są niewierzący. Nie wiedzieć dlaczego urzędnicy podatkowi temu nie dowierzają i dość często się zdarza, że wysyłają zapytanie do rodzinnej parafii delikwenta. Najczęściej wtedy się okazuje, że niewierzący w Niemczech Polak nadal widnieje w kartotece jako wierzący katolik. Wtedy nie ma przebacz. Niemiecki fiskus ściągnie wszystkie zaległe podatki tylko dlatego, że delikwent przyjął chrzest i nie dokonał aktu apostazji. Płacz i płać.

Niech biorą przykład z Polski!
Dlaczego w Niemczech nie ma czegoś na kształt Radia Maryja czy telewizji Trwam? Odpowiedź jest prosta – nie ma takiej potrzeby. Klerykałowie mają gigantyczne wpływy w mediach publicznych. Z mocy prawa bowiem we władzach mediów publicznych zasiadają przedstawiciele katolików i ewangelików oraz żydów. Po co zatem wydawać prywatne pieniądze, skoro można religię szerzyć za państwowy grosz. Nie da się ukryć, że teutońscy klerykałowie uprzykrzają życie swoim obywatelom na co dzień i od święta. A od święta zwłaszcza. Niedziela w centrum handlowym? Marzenie ściętej głowy. Również i w tej dziedzinie chrześcijańscy, ale też żydowscy radykałowie zaznaczają swoją obecność. Chrześcijanie bronią niehandlowej niedzieli z uporem godnym lepszej sprawy. Powołują się przy tym na argumenty rodem ze średniowiecza, a nawet jeszcze starszymi – człowiek ma prawo raz na tydzień wypocząć i spędzić dzień z rodziną. Za nic germańskie klechy i ich adherenci mają argumenty, że niedzielny handel zwiększy niemiecki PKB. Nie trzeba chyba dodawać, że niemiecki klerykalizm przenika wszystkie dziedziny życia. Z podatków opłaca się kapelanów w Bundeswehrze i w wielu innych obszarach życia publicznego. Zaryzykuję wręcz tezę, że Niemcy powinni brać przykład z Polski. Z samego tylko podatku kościelnego niemieckie kościoły czerpią ponad 9 mld euro. Polski Fundusz Kościelny to 94 mln zł. Milionów, nie miliardów, złotych, nie euro.
 
Autor jest dziennikarzem tygodnika „Do Rzeczy” i TV Republika.