Taka była obowiązująca wersja: Piłsudski rozpoczął wojnę z Rosją, wyprawiając się po latyfundia. Taką wersję rozpowszechniała propaganda Lwa Kamieniewa (to sowiecki prekursor Goebbelsa). Takiej uczono mnie w szkole we wczesnych latach PRL.

Taką także głosił komunistyczny i postkomunistyczny historyk Andrzej Garlicki, który w swoich pracach o Piłsudskim pisał: „Polska konsekwentnie odrzucała radzieckie inicjatywy. Interesy klasowe i ekonomiczne polskiego obszarnictwa i burżuazji na Ukrainie, Białorusi i Litwie, prymitywny antykomunizm determinowały polską politykę ekspansji. [...] Ci, którzy ginęli w obronie Warszawy, płacili cenę za szaleństwo zdobywania Kijowa” („Mądry król Asioka”). W innym miejscu dodawał: „Za armią polską powracali na Ukrainę polscy obszarnicy, brutalnie egzekwując swoje przywileje” („Józef Piłsudski”). A ponieważ chłop ukraiński otrzymał od władzy sowieckiej ziemię – poparł tę władzę, sprzeciwiając się w ten sposób polskim okupantom – twierdzi Garlicki.

Przemysł fałszowania historii

Oczywiście można by przypomnieć, że Piłsudski wydał (12 maja 1920 r.) zakaz powrotu byłych właścicieli na Ukrainę, że traktował kampanię kijowską podobnie jak wyzwalanie Łotwy, jako pomoc mieszkańcom dawnej Rzeczypospolitej, a wyzwolone obszary przekazywał miejscowej administracji – ale przecież Garlicki doskonale o tym wiedział. I wiedział też, że kłamie. Kłamał, kiedy był tajnym współpracownikiem SB, kłamał, gdy formalnie być nim przestał. Z tych służb nigdy się nie odchodzi, nawet po śmierci. Gdyby ktoś chciał napisać mu nekrolog – o odkrywaniu prawdy byłoby w nim niewiele, o wylansowanych kłamstwach znacznie więcej.

Garlicki był jednym z najbardziej zasłużonych propagandystów sowieckich w nauce polskiej. Formalnie był tylko pedagogiem (także TW „Pedagogiem”), lecz wskutek tego, że jego poglądy zostały powielone przez pamięć uczniów i czytelników – był jednym z najbardziej szkodliwych agentów wpływu. O jego skuteczności świadczy to, że do dzisiaj w dyskusjach o wojnie 1920 r. wracają pozostawione nam przez niego kłamstwa o „polskiej winie” i o „niepotrzebnej agresji”.

Coś więcej niż zbieranie ziem

Niektórzy historycy twierdzą, że po zdobyciu władzy Lenin i Trocki, naśladując dawnych carów, rozpoczęli „zbieranie ziem”. Jest to prawda – ale niecała. Istotą rewolucji październikowej było połączenie wielkoruskiego szowinizmu z programem rewolucji światowej. Doktryną obowiązującą Rosjan po 1917 r. stała się koncepcja Lwa Trockiego, iż wobec słabości i niedojrzałości europejskiego proletariatu na bolszewickiej Rosji spoczywa obowiązek wnoszenia rewolucji z zewnątrz – na bagnetach.

„Czerwony marsz” rozpoczęto natychmiast po upadku Niemiec. Za symboliczną datę można uznać 15 listopada 1918 r. – tego dnia Zachodni Rejon Obrony został przemianowany na Armię Zachodnią. Oddziały tej armii rozpoczęły marsz w kierunku Polski, zajmując Mińsk, Lidę i Wilno. Armie sowieckie ścierały się początkowo tylko z polską Samoobroną, potem dopiero z oddziałami Wojska Polskiego. 14 lutego 1919 r. oddział kapitana Piotra Mienickiego wyzwolił zagarniętą przez Rosjan Berezę Kartuską. Polacy wzięli do niewoli 80 żołnierzy i zdobyli dwa cekaemy. Była to pierwsza licząca się bitwa wojny bolszewickiej, do historii jednak nie przeszła. W peerelowskim matriksie przykryła ją komunistyczna narracja kojarząca Berezę z więzieniem. I będzie tak dopóty, dopóki do polskiej kultury nie wprowadzi się uroczystości upamiętniających to zwycięstwo.

Od wyzwolenia Berezy karta się odwróciła. 19 lutego Polacy wyzwolili Białystok, potem zaczęli odbijać kolejne miasta polskie: Wilno, Grodno, Nowogródek. Wojna stała się faktem, front to rozpalał się, to wygasał. Bolszewicy nie rezygnowali z „czerwonego marszu” – tyle że mieli kłopoty wewnętrzne, to z Kołczakiem, to z Denikinem. Piłsudski także nie chciał angażować wojsk i na całe tygodnie zawieszał działania wojenne. Wolał, aby w tym czasie Rosjanie osłabiali się nawzajem. Tylko wtedy, gdy dwa potwory, biały i czerwony, nawzajem się wykrwawią, tylko wtedy – powtarzał – Polacy mają szansę na niepodległość.

W tym miejscu warto przypomnieć, że od września 1919 r. u Denikina przebywała misja gen. Aleksandra Karnickiego. Dzięki jej raportom Piłsudski znał wyjawione i niewyjawione zamiary „wierchownego prawitiela”. Rosyjski dowódca żądał, aby zajmując miasta na wschód od Bugu, Polacy zatykali tam dwugłowe orły, miał pretensje o zajęcie guberni wołyńskiej, z której chciał „wybrać rekruta”, wyzwolenie Kamieńca Podolskiego uważał za akt wrogi – bo sam miał ochotę go wyzwolić. Gdyby Denikin wygrał – alianci uznaliby sprawę Polski za wewnętrzną sprawę Rosji.

Zwycięstwo rewolucjonistów nad Denikinem polepszałoby naszą sytuację o tyle, że bolszewicy nie byliby aliantami Anglików czy Francuzów. Jednak niepodległości również nam nie zapewniało. By Polska naprawdę odzyskała niepodległość, Denikin musiał przegrać, a bolszewicy też nie mogli wygrać. Tę kwadraturę koła Piłsudski rozwiązał po mistrzowsku: doprowadził do osłabienia obydwu sił rosyjskich – nie biorąc udziału w ich zmaganiach.

Ideologiczna i praktyczna „podgotowka” ataku

Decyzja o budowie Ogólnoświatowej Republiki Rad była dogmatem kongresu założycielskiego III Międzynarodówki w marcu 1919 r. Wtedy to w referacie programowym Lew Trocki zapowiedział, że „po rozgromieniu kontrrewolucji w Rosji nastąpi pochód na kraje kapitalistyczne Europy”. Była to decyzja polityczna, na sprzyjające warunki strategiczne należało nieco poczekać. Dopiero po rozbiciu wojsk Kołczaka i Denikina rząd sowiecki postanowił skończyć z Polską – zapowiadał to wywiad Trockiego z grudnia 1919 r. dla „Internationale Communiste”, zapowiadały to pojawiające się od początku 1920 r. plakaty z napisami: „Pobiwszy Denikina, nie pobijemy Polaka?”.

27 lutego 1920 r. Lenin nakazał Rewolucyjnej Radzie Wojennej Republiki wzmocnienie Frontu Zachodniego w celu przygotowania go do wojny z Polską. Plany operacji antypolskiej od lutego 1920 r. przygotowywał sztab kierowany przez byłego pułkownika carskiego Borysa Szaposznikowa. Równolegle trwało nasycanie frontu antypolskiego wojskiem – łącznie przerzucono tam 220–250 tys. żołnierzy.

10 marca 1920 r. podczas narady dowódców i komisarzy politycznych w Smoleńsku głównodowodzący Armii Czerwonej Siergiej Kamieniew zatwierdził plan decydującego uderzenia na Polskę. Termin – o czym Polacy mogli nie wiedzieć – wyznaczono na 14 maja. Wiedzieli jednak, że na froncie antypolskim pojawiają się nowe oddziały. Można było czekać na ich atak, można było zadać uderzenie wyprzedzające. 25 kwietnia, po uprzednim zawarciu porozumień z Ukraińcami, Piłsudski rozpoczął atak wyprzedzający, zakończony rozbiciem XIV i XII armii sowieckich, wyzwoleniem Wołynia, a następnie Kijowa (7 maja 1920 r.).

Piłsudski przybył do Kijowa 8 maja, lecz usunął się, by nie upokarzać Ukraińców. Nie chciał, by go witano jak zwycięzcę. 9 maja na Kreszczatiku odbył się tylko uroczysty przegląd armii Śmigłego, w którym wzięły też udział oddziały ukraińskie. Piłsudski spotkał się z Symonem Petlurą na peronie w Winnicy, objął go po bratersku, akcentując partnerski charakter ich stosunków. Wierzył, że Ukraińcy potrafią obronić wolność, jaką ofiarowali im Polacy. Niestety, nie potrafili.