Znowu premier Tusk zafundował swoim zwolennikom niezły horror. Najpierw w dawnym stylu, z beztroskich czasów „ciepłej wody", ogłosił w Krynicy koniec kryzysu. Zaprzyjaźnione media piały z zachwytu, tym bardziej że jednocześnie mogły dołożyć znienawidzonemu Kaczyńskiemu, który ośmielił się w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej" przypomnieć, że biznes w Polsce w dużej mierze jest postkomunistyczny, że opiera się na eksploatacji taniej siły roboczej i niskich podatkach, a nie na przedsiębiorczości, innowacyjności, kreatywności itd.

Sądząc po zadowolonej minie, z jaką po Krynicy przechadzał się Grzegorz Hajdarowicz, propagandowo wszystko układało się jak najlepiej. Niestety, dzień później po „ciepłej wodzie" przyszedł zimny prysznic, a nawet bicze wodne. Czarna dziura budżetowa znowu dała o sobie znać – niedługo znikną w niej i Tusk, i Rostowski, i PO. Na razie zniknęła znaczna część skrzętnie, choć przymusowo, odkładanych przez Polaków w OFE pieniędzy.

Brak reguł

Zamęt w lemingowych głowach jest coraz większy, bo przecież do tej pory świat był taki prosty – wiadomo, gdzie była cała prawda całą dobę. A teraz nie wiadomo, kogo słuchać: Leszka Balcerowicza i Jerzego Buzka czy Donalda Tuska i Jana Vincenta-Rostowskiego?

Niezwykle pouczająca w tej epoce zamętu jest niedawna rozmowa Moniki Olejnik z Janem Krzysztofem Bieleckim w Radiu Zet. Otóż były premier, a obecnie doradca Tuska, szara eminencja PO i do niedawna sztandarowy liberał III RP, wyznał w niej, że do kolejnego skoku na kasę Tusk został pośrednio zmuszony przez Eurostat, który obligacje na kontach OFE traktuje inaczej niż te, które są w ZUS-ie. Zapewne dlatego zadłużenie Polski według tej europejskiej agendy dawno już przekroczyło 60 proc. PKB, a więc zapisany w konstytucji próg, którego nie dałoby się łatwo zawiesić. Jak wyznał Bielecki, błędem popełnionym przez reformatorów było to, że nie przewidzieli, iż obligacje trzymane przez fundusz emerytalny nie będą przez UE traktowane jako część finansów publicznych.

Dowiedzieliśmy się też, że Polacy nie powinni się martwić, gdyż chodzi jedynie o wirtualne pieniądze i zapisy na kontach. Premier Bielecki powinien jednak dodać, że wszystkie pieniądze są wirtualne – mają wartość tylko tak długo, jak długo ludzie i stworzone przez nich instytucje chcą i są w stanie respektować zapisane nimi zobowiązania. Gdy nie będzie państwa polskiego i nie będzie Polaków (co jest coraz bardziej prawdopodobne), to te wszystkie polskie obligacje, banknoty i zapisy na kontach będę warte funta kłaków. A i tak nie wiemy, w co III RP zamieni te zapisy, gdyż rządzący na każdym kroku przekonują nas, że żadne reguły i prawo do niczego ich nie zobowiązują. Niezależnie, czy chodzi o referendum, o abonament TV, o ordynację wyborczą, o zasady finansowania partii, czy o zobowiązania emerytalne – wszystko zależy od bieżących interesów politycznych.

Kolejne odkrycia

Przy okazji były premier dokonał niezwykłego odkrycia. Otóż stwierdził, że „nie będzie szczęśliwych OFE w nieszczęśliwym państwie polskim". Do tej pory polscy liberałowie przekonywali nas, że „szczęście państwa polskiego" to suma szczęścia jego obywateli, zwłaszcza tych najbardziej zamożnych, którzy dają nam pracę i dzięki którym w ogóle wychodzimy na ludzi i Europejczyków, oraz że wynika ono wprost ze szczęścia zagranicznych inwestorów. Zgodnie z tym przekonaniem im szczęśliwsi będą w Polsce np. Jan Kulczyk, Ryszard Krauze, Grzegorz Hajdarowicz itd., im szczęśliwsi będą menedżerowie, właściciele i akcjonariusze Allianzu, UniCredit, Axla Springera, Carrefoura, tym szczęśliwsi będziemy my, tym szczęśliwsza będzie Polska, tym szczęśliwsze i silniejsze będzie państwo polskie. Mówiono nam też, że im mniej będzie tego państwa, tym lepiej, że im więcej jego zadań przejmą prywatne, działające na racjonalnych rynkowych zasadach firmy, tym lepiej na tym wyjdziemy – że na tym polega nowoczesność.

Teraz Jan Krzysztof Bielecki odkrywa przed nastroszoną Moniką Olejnik tajemną prawdę: „Nie da się zrobić w opozycji do swojego państwa efektywnych funduszy emerytalnych, które będą inwestowały w produkty tego państwa", a skoro portfel OFE oparto na obligacjach państwa, to nasze emerytury także z OFE zależą od „zdolności państwa do wypłacania tych pieniędzy".

Tak więc po 25 latach neokolonialnego kapitalizmu lemingi może wreszcie pojmą, że bez sprawnego państwa nie ma sprawnego rynku, nie ma efektywnego kapitalizmu, że bez zasobnego państwa nie ma dobrobytu obywateli (choć mogą być – i są – bogaci oligarchowie i mafiosi) i że państwo takie nie powstanie tylko przez bogacenie się jednostek, prywatyzację wszystkiego, deregulację i obniżanie podatków – niezależnie od tego, jak bardzo były one potrzebne w niektórych wypadkach.

Cwaniactwo polityczne

„Dlaczego rząd nie może się troszczyć o obywatela, dlaczego rząd musi się troszczyć tylko o fundusze emerytalne w Polsce?" – pyta Jan Krzysztof Bielecki Monikę Olejnik. Odpowiedzią jest prosta tautologia: państwo polskie troszczące się o obywateli musi się troszczyć o fundusze emerytalne, bo powinno się troszczyć o emerytury obywateli.

Ci, którzy są oburzeni postępowaniem rządu, mają oczywiście rację. Zobowiązania złożone przez państwo w czasie, gdy wprowadzano reformę emerytalną, zostały pogwałcone. Ale prawda jest przecież bardziej skomplikowana. Już tamte zobowiązania były nic niewarte. Celem reformy było zmniejszenie emerytur w Polsce, pozbycie się odpowiedzialności za tę operację i przerzucenie jej na rynek. To się nie udało. I to nie tylko rząd Tuska chce położyć rękę na pieniądzach Polaków, ale także OFE, które latami ich łupiły. Reforma umożliwiała wyzysk Polaków przez Allianz, Generali, ING itd. Trudno było o lepszy interes z zagwarantowanym ustawowo stałym dopływem środków i niemal zupełnym brakiem konkurencji. Z prawdziwym prywatnym ubezpieczeniem emerytalnym, takim jakie jest np. w Niemczech, nie ma to nic wspólnego. Tam firmy ubezpieczeniowe rywalizują o klienta, muszą gwarantować odpowiednią rentę minimalną i zachować przejrzystość.

Klęska reformy emerytalnej pokazuje, że Polska nie była – i obawiam się, że ciągle nie jest – politycznie, intelektualnie i organizacyjnie przygotowana do sprawnego działania w skomplikowanym świecie współczesnym. Co nie znaczy, że nie ma u nas doskonałych specjalistów od „kręcenia lodów" – w końcu wielu twórców reformy znalazło świetnie wynagradzane zatrudnienie w OFE. Ale na cwaniactwie nie zbuduje się państwa. Jego odbudowę trzeba zacząć od przywrócenia odpowiedzialności elit za podejmowane działania. Dlatego nie tylko Tusk, lecz także twórcy reformy OFE powinni odpowiedzieć za emerytalną katastrofę.