Sprawa zegarka Sławomira Nowaka powoli zmierza do happy endu. Czyli, oczywiście, do uniewinnienia – jak to ochrzcił go kiedyś Bronisław Wildstein – Rudolfa Valentino PO. Według RMF FM biegły powołany przez śledczych ocenił, że zegarek wart w momencie zakupu w 2011 r. 35 tys. zł, dziś można by spieniężyć za 10 tys. zł. Wycena ta jest symboliczna, bowiem 10 tys. zł wyznacza górną granicę wartości mienia ruchomego, po przekroczeniu której posłowie muszą wpisywać je do oświadczenia majątkowego. Ktoś powie, że to sprawa nieistotna dla Polski. I będzie miał w pewnym sensie rację, w końcu czym jest zegarek Nowaka choćby w porównaniu z problemem zadłużania Polski przez ministra Rostowskiego? Ale właśnie przez tę błahostkę aroganckie zachowanie Nowaka wobec prasy, która ujawniła problemy z jego oświadczeniem majątkowym i czytelną dla przeciętnego Polaka absurdalność wyceny biegłego, mamy tutaj jak w soczewce pokazaną jakość państwa zarządzanego przez ekipę Donalda Tuska. Towarzyszu Sławomirze Nowaku, zegarek to może macie „made in Switzerland", ale wasze polityczne obyczaje ewidentnie „zdiełano w SSSR".