W kontekście odwołania Hanny Gronkiewicz-Waltz politycy Platformy znów straszą złym PiS, przywołując fałszywy mit Lecha Kaczyńskiego, który „hamował inwestycje”. Warto więc przypomnieć, jak wyglądały stołeczne „inwestycje” polityków PO i SLD rządzących stolicą przed objęciem urzędu prezydenta Warszawy przez Lecha Kaczyńskiego.

W kampanii wyborczej w 2002 r. Lech Kaczyński obiecał warszawiakom, że jako prezydent stolicy skończy z traktowaniem Warszawy jako prywatnej spółki inwestycyjnej polityków SLD i PO. Słowa dotrzymał. 10 listopada 2002 r. ponad 70 proc. warszawiaków biorących udział w wyborach zdecydowało, że pierwszym w historii Warszawy prezydentem wybranym w bezpośrednich wyborach zostanie były minister sprawiedliwości prof. Lech Kaczyński. Zwycięstwo Kaczyńskiego w stolicy było szokiem dla większości komentatorów życia publicznego. Oto warszawiacy zdecydowanie odrzucili faworyzowanego przez media postkomunistę Andrzeja Olechowskiego z PO, który nie wszedł nawet do II tury warszawskich wyborów. Osobisty triumf Kaczyńskiego, a także zdecydowane zwycięstwo PiS w wyborach do Rady Warszawy zakończyły prawie ośmioletnie rządy tzw. układu warszawskiego, czyli nieformalnych i pasożytniczych powiązań w tkance miejskiej pomiędzy politykami Unii Wolności (później PO) i SLD a biznesem. Twarzą „układu warszawskiego” był najbliższy współpracownik Donalda Tuska, były prezydent Warszawy Paweł Piskorski. Symbolem skutecznej walki Lecha Kaczyńskiego z tak rozumianym układem nieformalnych powiązań żerujących na majątku warszawiaków było udane zablokowanie próby prywatyzacji spółki zarządzającej mieniem komunalnym na warszawskiej Ochocie. Politycy SLD i PO 10 dni przed objęciem urzędu przez lidera PiS próbowali sprzedać tylko za 436 tys. zł spółkę, mimo że mogła ona wystąpić o zwrot ponad 6 mln zł nieprawidłowo zapłaconego podatku VAT. Te 6 mln odzyskałby kupujący, a nie miasto. Lech Kaczyński już jako prezydent Warszawy uznał transakcję za nieważną i dzięki skutecznej interwencji urzędników, straży miejskiej i policji odzyskał dla miasta spółkę od niedoszłych właścicieli.

Na rękę „inwestorom”

Jednak największym wyzwaniem dla nowego prezydenta Warszawy było zwalczenie nieprawidłowości i korupcji przy realizacji miejskich inwestycji infrastrukturalnych. Lech Kaczyński postawił twarde „nie” dla traktowania stolicy jako spółki inwestycyjnej, na której można było się dorobić. Do czasu jego kadencji układ SLD-UW (PO) stosował wymyślony przez polityka PO Jerzego Guza mechanizm omijania procedury przetargu publicznego poprzez zakładanie spółki celowej z prywatnym „inwestorem”. Do takiej spółki wprowadzany był atrakcyjny grunt, najczęściej w centrum stolicy, dzięki czemu zaplanowana „inwestycja” w skrajnym wypadku mogła być zrealizowana przy zerowym wkładzie upatrzonego przez polityków „inwestora”. Sama wartość wprowadzonego gruntu umożliwiała „inwestorowi” uzyskanie kredytu, finansującego całość późniejszej inwestycji. W ten sposób partner prywatny nie ponosił większego ryzyka finansowego. Umowy były konstruowane w ten sposób, że władze komunalne z chwilą założenia spółki celowej całkowicie traciły nad nią kontrolę. Umożliwiało to wyprowadzanie z niej pieniędzy pod płaszczykiem np. umów o zarządzanie, usług architektonicznych czy marketingowych. W ten sposób politycy SLD-UW (PO) perfekcyjnie nauczyli się wykorzystywać skomplikowaną strukturę stołecznego ustroju, w której w niejasny sposób krzyżowały się kompetencje nieistniejących już warszawskich gmin, powiatu i związku komunalnego, do inicjowania i przeprowadzania własnych kontrowersyjnych projektów inwestycyjnych w Warszawie, których jedynym beneficjentem był wskazany przez polityków „inwestor”.

Afera za aferą

Przykładów takich aferalnych spółek celowych tworzonych przez polityków „układu warszawskiego” było w Warszawie bardzo wiele. W ten sposób budowano w samym sercu Warszawy przy Dworcu Centralnym kompleks handlowo-biurowy Złote Tarasy czy słynną na całą Polskę Trasę Świętokrzyską z przepłaconym mostem Świętokrzyskim. Budowa mostu Świętokrzyskiego to bodaj jedyny w historii III RP wypadek budowy niejako prywatnego mostu, za który miasto zapłaciło 40 hektarami gruntów w Porcie Praskim. Symbolem tej inwestycji jest także zbudowany wzdłuż Wisły tunel na Wisłostradzie, którego koszt był o 130 mln zł wyższy od planowanego budżetu. Dzięki kolejnej spółce celowej o nazwie „Królewski Port Żerań”, „zaprojektowanej” przez SLD-owskie władze gminy Warszawa-Białołęka, na warszawskiej Białołęce miał powstać… aquapark i hala widowisko-sportowa. We władzach spółki zasiadała m.in. związana z postkomunistami Barbara Blida. Oczywiście obiekty te nigdy nie zostały wybudowane. Podobnie nigdy nie powstał ratusz w gminie Warszawa-Wilanów, którego szkielet po dziś dzień straszy warszawiaków i turystów udających się do Muzeum-Pałacu w Wilanowie. Warto pamiętać także, że bezpośrednim powodem zerwania na początku 2004 r. przez PiS kilkunastomiesięcznej koalicji z PO w Radzie Warszawy były ujawnione nieprawidłowości związane z utworzeniem przez byłego prezydenta z PO Wojciecha Kozaka spółki celowej pod nazwą „Sedeco”, która powstała w celu… sfinansowania remontu szkoły podstawowej (sic!). Jednak najgłośniejszą aferą „inwestycyjną”, opartą na mechanizmie transferu do niekontrolowanych przez władze komunalne podmiotów trzecich, a kojarzoną bezpośrednio z politykami PO, była sprawa „Warszawianki”. Władze nieistniejącej już gminy Warszawa-Centrum powierzyły budowę za blisko 120 mln zł zespołu basenów „Mokotowskiej Fundacji Warszawianka-Wodny Park”, której szefem był polityk PO Łukasz Abgarowicz. Innymi słowy miasto sfinansowało budowę basenów, które pierwotnie miały kosztować 20 mln zł, dla zewnętrznego podmiotu, gdyż nad wybudowanymi obiektami nie miało od samego początku żadnej kontroli.

Dotrzymał słowa

Wydanie przez nowego prezydenta Warszawy twardej walki „polityce inwestycyjnej”, realizowanej w latach 1994–2002 przez koalicję UW (PO)-SLD, stało się główną przyczyną formowania medialnego mitu o niechęci Lecha Kaczyńskiego do inwestycji. Od pierwszych dni swoich rządów w Warszawie Kaczyński był bezpardonowo atakowany przez postkomunistów i Platformę za „hamowanie inwestycji” w stolicy przede wszystkim dlatego, że sprzeciwił się transferowaniu majątku komunalnego do spółek celowych i realizowaniu za ich pośrednictwem zadań publicznych. Nowy prezydent Warszawy szukał ewentualnych partnerów biznesowych do projektów publiczno-prywatnych – takich jak odbudowa przedwojennej zabudowy placu Piłsudskiego – w otwartej procedurze publicznego przetargu.

W sprawach afer „układu warszawskiego” związanych ze spółkami celowymi, które zostały bardzo dokładnie skontrolowane przez nowych urzędników zatrudnionych przez Lecha Kaczyńskiego, wywodzących się m.in. z Najwyższej Izby Kontroli, do prokuratury złożono wiele zawiadomień. Niestety wiele z tych spraw albo toczy się do dzisiaj, albo jest już przedawnionych, albo umorzonych. Jednak sukcesem prezydenta Kaczyńskiego było przede wszystkim rozbicie wielu zmów cenowych i zbudowanie od podstaw miejskiego systemu zamówień publicznych, w wyniku czego koszty realizacji miejskich inwestycji infrastrukturalnych w porównaniu z poprzednimi latami spadły od dziesięciu do nawet kilkudziesięciu procent. W trakcie jego stołecznych rządów nie miała miejsca żadna afera, choć warszawiacy do afer wybuchających od początku III RP zdążyli już się przyzwyczaić. Lech Kaczyński dotrzymał słowa z kampanii wyborczej i w latach 2002–2005 miasto stołeczne Warszawa przestało być polityczną spółką inwestycyjną oraz synekurą lokalnych polityków.