Samorządy od dłuższego czasu przeżywają potężny kryzys. Składają się na niego dwie przyczyny. Po pierwsze rząd PO wciąż zwiększa obowiązki samorządów, nie zwiększając finansowania gmin. Drugą przyczyną jest źle skonstruowane prawo, które hamuje rozwój samorządów, a w niedalekiej przyszłości może wręcz doprowadzić do upadłości wielu gmin.

Od dłuższego czasu samorządy zaczynają zastępować stronę rządową w umożliwianiu obywatelowi dostępu do edukacji. A warto przypomnieć, że bezpłatne szkolnictwo w Polsce ma zagwarantować państwo, co wynika z konstytucji. Na zarzut o doprowadzenie do takiej sytuacji rząd odpowiada, broniąc się, że rekompensuje zwiększenie obowiązków samorządów, płacąc tzw. subwencję oświatową. Niestety, w praktyce większość gmin w Polsce dokłada do utrzymania placówek oświatowych, gdyż rządowe pieniądze nie pokrywają nawet płac nauczycieli.

Na skraju wytrzymałości

Podobnie sytuacja wygląda w kwestii przedszkoli i żłobków. Prowadzenie tych placówek jest także zadaniem własnym gminy. Samorządy mają na ten cel otrzymać dotację z budżetu państwa, ale według najbardziej optymistycznych szacunków pokryje ona zaledwie ułamek kosztów. Do tego dochodzą wydatki związane z kolejną zmianą w sektorze edukacji, którą wprowadził rząd. Otóż od 1 września 2015 r. placówki przedszkolne będą musiały zapewnić edukację przedszkolną dzieciom czteroletnim, a od 1 września 2017 r. – dzieciom trzyletnim. Wiąże się to z budową nowych placówek bądź adaptacją istniejących już w szkołach pomieszczeń do nauki młodszych dzieci. Ale oczywiście o finansach na ten cel rząd milczy. Podobnie wygląda sytuacja z nauczycielami. Rząd wprowadza podwyżki wynagrodzeń dla nich, ale nie przekazuje żadnych pieniędzy gminom na te nowe wydatki. Tak więc dumnie ogłoszona przez premiera Tuska ustawa przedszkolna, która ma zagwarantować każdemu dziecku miejsce w przedszkolu (już od 2015 r.) zostanie wprowadzona przede wszystkim kosztem samorządów gminnych. Te zaś są w coraz gorszej sytuacji finansowej. Ciągłe zwiększanie obowiązków samorządów, bez koniecznego wsparcia ze strony państwa, doprowadzi do zahamowania ich rozwoju. Zagrożone zostaną między innymi prowadzone przez gminy inwestycje lokalne. Oznacza to mniej miejsc pracy dla ich mieszkańców. Słabsze samorządy będą musiały oszczędzać na zadaniach bieżących, a z niektórych nawet rezygnować. Mogą też po prostu sukcesywnie zwiększać podatki lokalne. W obu wypadkach cierpią mieszkańcy, których poziom życia się obniża.

Absurdalne prawo

W tym miejscu warto też przedstawić prawne i finansowe problemy samorządów, związane ze stosowaniem ustawy o prawie do zamówień publicznych. Sama ta ustawa nie zobowiązuje jednoznacznie zamawiającego do wyboru oferty o najniższej cenie, ale w praktyce to właśnie takie oferty wygrywają przetargi. Samorządy zaś bardzo rzadko wykorzystują ustawową możliwość, by uwzględnić kryteria inne niż cena, takie jak jakość, termin realizowanych zadań czy stosowane technologie. Dlaczego? Wynika to przede wszystkim z wytycznych państwowych organów kontroli zamówień publicznych. Wprowadzanie innych kryteriów przy ocenie ofert skutkuje z ich strony zarzutem o ustawianie przetargu, niegospodarność lub korupcję zamawiającego. Dlatego dość często powtarza się sytuacja, gdy zamawiający musi współpracować z mało doświadczonym czy nawet nierzetelnym wykonawcą, który zaoferował najniższą (czasem zupełnie nierealną) cenę. Nierzadko zamówienia te kończą się dużymi kosztami dla zamawiającego, który w wypadku niezrealizowania przez wykonawcę w wyznaczonym terminie przedmiotu zamówienia zmuszony jest dokończyć inwestycję z innym wykonawcą za wyższą cenę (jej wysokość determinuje presja czasu). Jest to szczególnie dramatyczne w wypadku pozyskania dotacji unijnych, ponieważ zamawiający nie może rozliczyć się z Unią z otrzymanych środków po upływie określonego przez nią terminu.

Niezbędny Janosik

Na zakończenie chciałbym poruszyć problem związany z „podatkiem janosikowym”. Jego podstawowym celem jest wyrównywanie różnic w dochodach jednostek samorządu terytorialnego. Istotą więc wspomnianego podatku jest przekazywanie przez silniejsze finansowo samorządy części swoich dochodów na rzecz jednostek o niskich dochodach własnych. Przeciwnicy „janosikowego” twierdzą, że jest to forma grabieży, której skutkiem jest blokada rozwoju gmin o wysokich dochodach. Taka interpretacja jest fałszywa z wielu powodów. Po pierwsze Konstytucja RP gwarantuje równość wszystkim obywatelom i nie można skazać mieszkańców biednych gmin na wykluczenie społeczne tylko dlatego, że właśnie tam się urodzili i mieszkają. Po drugie nie będzie można w Polsce realizować zrównoważonego rozwoju kraju, jeżeli bogate gminy nie podzielą się swoimi wpływami z biedniejszymi. Inaczej rozwarstwienie między gminami będzie rosło i nasz kraj zostanie podzielony na dwie odrębne Polski. Co więcej przeciwnicy „janosikowego” zapominają, że mieszkańcy biednych gmin współtworzą także dobrobyt gmin bogatszych. W dużych i bogatych gminach mieszka więcej ludzi niż wynika to z dokumentacji. Są to w większości ludzie z biedniejszych regionów, którzy właśnie tam, niezameldowani, pracują, wydają pieniądze, wynajmują mieszkania, współtworząc ogólny dobrobyt. Niejednokrotnie bezpośrednio płacą w tych dużych miastach PIT i CIT. Warto pamiętać, że miasto, z którego pochodzą, zdołało wykształcić ich na atrakcyjnych pracowników, właśnie dzięki pomocy z „janosikowego”.

Naszkicowałem tylko zarys problemów, z którymi muszą borykać się dzisiejsze samorządy. Jedno jest jednak pewne. Wskutek nakładania na samorządy nowych zadań bez przekazania adekwatnych środków finansowych na ich wykonanie oraz z powodu nieprzemyślanych zmian legislacyjnych wprowadzonych w ciągu ostatnich kilku lat przez władze Platformy Obywatelskiej sytuacja jest dramatyczna. Trzeba stwierdzić jasno – z powodu polityki obecnego rządu samorządy dochodzą już do granic swojej wytrzymałości finansowej i organizacyjnej.