W sezonie ogórkowym wybory na szefa PO stały się hitem mediów. Ich nieoczekiwany wynik jest jednak znaczący. Uderza on w mit Tuska jako twardego gracza, który nokautuje i wycina swoich wewnątrzpartyjnych konkurentów. Po pierwsze, już nie nokautuje; po drugie – już nie wycina. A co gorsza, nie wie, co zrobić z Gowinem. Bo jeśli wyrzuci go z PO, to Gowin założy własną partię i nikt nie zagwarantuje, że w wyborach nie odbierze ona Platformie 20 proc. elektoratu. A jeśli go nie wyrzuci, to Gowin stworzy frakcję w PO, zbyt słabą, żeby przejąć władzę, ale dość silną, żeby poważnie nabruździć. I tak źle, i tak niedobrze. Odwrotnie Gowin. Jeśli zostanie z Platformy usunięty, założy partię środka, która w tej sytuacji nie będzie bez szans. Jeśli zaś zostanie w Platformie, będzie głównym beneficjentem podziałów lub rozpadu PO. Okazało się bowiem, że wśród członków Platformy są ludzie rozczarowani Tuskiem, a wybory pozwoliły im się policzyć. Chaos i bijatyka w partii miłości są więc nieuchronne. A kiedy do akcji wkroczy Grześ i w powietrze polecą haki, to przy tym, co wtedy zobaczymy, zblednie nawet bitwa kiboli w Łomiankach.