„Pasiecie go jak świnię” - usłyszeli od kuratora dziadkowie pięcioletniego Maćka. Maciek też to słyszał. Teraz urzędnicy chcą dziecko odebrać. Oni nie będą go już paśli jak świnię. Należą w końcu do lepszej rasy.

Znam osobę, która została adoptowana w wieku niemowlęcym. Nie poznała nigdy ani swoich rodziców, ani rodzeństwa. Od lat poszukuje swojego brata. To zjawisko, którego na próżno szukać wśród innych zwierząt - dla ludzi więzi rodzinne są niezwykle trwałe i mają znaczenie przez całe życie. Człowiek - niezwykłe zwierzę - buduje swoją tożsamość na relacjach rodzinnych. Zarówno te sięgające w przeszłość, stąd znaczenie rodowodów, które nie są uwarunkowane wyłącznie kulturowo, ale tkwią w świadomości gdzieś głębiej, odpowiadają niemożliwej do wytępienia potrzebie, jak i związane z przyszłością, czyli zakładaniem własnej rodziny, zawieraniem małżeństwa, rodzeniem i wychowaniem dzieci. To się wydaje bardzo banalne, ale dlaczego jest kwestionowane?

Inżynierowie rodzin

Dowiedzieliśmy się w ostatnich dniach o próbie zabrania rodzinie dziecka, ponieważ jest ono zbyt otyłe. Każdy z takich wypadków oznacza przekraczanie kolejnych granic negowania modelu rodziny, który nie tylko jest tradycyjny (bo związany z naszą kulturą), ale i naturalny (bo odpowiada potrzebie człowieka do pozostawania w kręgu biologicznej rodziny). Do niedawna jeszcze odebranie dziecka biologicznej rodzinie było ostatecznością - wtedy, gdy istniało niewątpliwe i niemożliwe do usunięcia zagrożenie jego życia lub zdrowia, fizycznego i psychicznego. To rozwiązanie ostateczne zakładało, że istnieje pewien bardzo niewielki margines wypaczonych osobników, które nie są zdolne do wypełniania naturalnych zobowiązań.

Teraz ów niewielki margines staje się w oczach funkcjonariuszy państwa sporą grupą społeczną. Pomyślmy, ile dzieci w Polsce ma nadwagę, na ile głos podniósł rodzic, w ilu domach trudno jest związać koniec z końcem. To, co kiedyś było częścią naszego losu, trudnością, z którą trzeba się zmierzyć i żyć mimo niej, teraz wchodzi w orbitę zainteresowań inżynierów społecznych.

Bo odbieranie dzieci w pierwszym rzędzie jest przejawem społecznej inżynierii. Próbą zdobycia przez nieliczną warstwę nowej elity władzy nad resztą społeczeństwa. Kiedy w XIX w. powstawał ruch eugeniczny, zapatrzeni w siebie intelektualiści próbowali skonstruować taki porządek społeczny, z którego zostałyby wyeliminowane osobniki słabsze. Na świecie mogło być miejsce tylko dla zdrowych panów. Dzisiejsze przekonanie wielu absolwentów prawa i psychologii, medycyny i administracji, że oto oni - jaśnie oświeceni, wykształceni, oczytani w kolorowych magazynach, które mają lakierowane okładki - ludzie wysportowani i otwarci na świat, są lepsi od mniej wykształconych, mniej oświeconych, zaściankowych roboli, którzy nie uprawiają joggingu ani nordic walkingu, wiedzie do ingerowania państwa w życie naturalnej rodziny.

Wszechwiedzący trutnie

Jest to przekonanie, że gdyby dziecko trafiło w ich ręce, gdyby zaproponować mu rozpisaną przez nich dietę, plan ćwiczeń fizycznych i moralnych, gdyby schludniej je ubrać i zaprowadzić do galerii sztuki, to stałoby się ono szczęśliwsze, lepsze i powiększyłoby grupę panów.

Grupę, która - co bardzo ciekawe - sama ma coraz mniej dzieci. Bliski jej model szczęścia stoi bowiem w sprzeczności ze zobowiązaniami, na których przyjęcie gotowa jest warstwa społeczna, którą ma w pogardzie. To tam jest najwięcej rodzin wielodzietnych, czyli tak naprawdę rodzin, w których pracuje tylko jeden rodzic. Model emancypacji społecznej, który dziś jest proponowany przez społeczne elity, wyklucza większe i długotrwałe zaangażowanie w wykonywanie obowiązków rodzinnych. Co ciekawe, dotyczy to osób, które same najczęściej pochodzą z niewielkich miejscowości.

I dochodzi do absurdalnej sytuacji, w której bezpłodna grupa społeczna próbuje regulować zasady życia grupie zapewniającej społeczeństwu szanse na jej biologiczne przetrwanie. Gdyby bowiem społeczeństwo składało się wyłącznie z takich osobników jak te, które próbują nami zawładnąć, już dawno byśmy wymarli. Ktoś badał przyrost naturalny wśród medialnych gwiazdek? A ponoć wiedzą one, na czym szczęście polega i jak wychowywać dzieci.

Nie wolno ulec

Podobnie ma się sprawa ze znaczną liczbą absolwentów psychologii i prawa, medycyny i administracji, z tymi grupami, które dziś pragną rządzić całą resztą. Ale nie mają czym się martwić. Gdy przekroczą już czterdziestkę, adoptują sobie brudaska i zrobią z niego człowieka. Wzruszające, prawda?

Najgorsza rzecz, jaka teraz mogłaby się stać, to rozpowszechnienie się przekonania, że rozsadzanie rodziny i coraz większa ingerencja urzędników w prywatne życie są jakimś elementem nieuniknionego postępu historii. Jeśli lewica będzie do tego przekonywała, a prawica to zaakceptuje. Jeśli wreszcie zwykli ludzie powiedzą: trudno, takie czasy, trzeba się przyzwyczaić. A przecież to nie jest kwestia jakiejś konieczności. Zmiany, które teraz obserwujemy, nie są naturalne, nie wpisują się w ludzką naturę i na dłuższą metę nie mają szans funkcjonować.

Z pewnością jednak jakieś czasowe zwycięstwo inżynierów od rodziny doprowadzić może do powstania nowego totalitaryzmu. Nieprzypadkowo zresztą najchętniej w życie rodzinne ingerowały dotąd ustroje totalitarne. Inwestowały w żłobki i deprecjonowały rolę rodziców. Państwa totalitarne zawsze wiedziały lepiej. Podobnie jak ci, którzy zabrali się za los Maćka.