„Mały jest pasiony jak świnia”, usłyszała od kuratorki sądowej pani Lucyna, która wychowuje swojego 5-letniego wnuczka Maćka. System już pędzi, wszystkie trybiki naoliwione, a cel jeden: odebrać rodzinie dziecko. Walka się zaczęła.

Pięcioletni Maciek ma 109 cm wzrostu i waży 31 kg. Dla systemu to za dużo. Wydano wyrok i już się wzięto do pracy. Prokurator, kurator, biegli i badacze, wszyscy z pełną powagą ustalać będą teraz, czy dziecko z powodu swojej wagi ma prawo przebywać z rodziną. Maciek, wychowywany przez dziadków, jest zdrowy, nie dzieje mu się krzywda, po prostu system uznał, że należy dokładnie sprawdzić, czy pasuje do ustalonego przez polską biurokrację wzorca. Linijki, tabelki i wagi w rękach, to wszystko pomoże wydać wyrok, czy Maciek wyrośnie na idealnego obywatela. To nie streszczenie powieści science fiction, to polska rzeczywistość. Takie walki rodzin z biurokracją o dzieci toczy się u nas każdego dnia. Czasem coś usłyszymy, gdy niektóre przypadki zostaną nagłośnione w mediach, zaistnieją w debacie publicznej. Jednak o tysiącach dramatów nie dowiemy się nigdy.

Polska codzienność to cicha, wytrwała praca systemu przeciw rodzinie, oczywiście odpowiednio ideologicznie umotywowana – za pomocą zgrabnych, lewicowych formułek. Przedszkola, szkoła i gimnazja – tam już zaczyna się „hodowla”. Jeśli system uzna, że dziecko jest w za bardzo konserwatywnej albo za biednej rodzinie, jeśli uzna, jak w przypadku małego Maćka, że waży o kilka kilogramów za dużo, rusza do ataku. Nie odpuści, póki dziecka nie złapie i nie zamknie w ośrodku, gdzie zostanie poddane odpowiedniej resocjalizacji.

Walka o dziecko zaczyna się w domu. Rodzina jest wrogiem, to już rząd ustalił. I te słowa nie są przesadą, w końcu sama minister edukacji Krystyna Szumilas stwierdziła, że dzieci muszą pójść jak najwcześniej do szkoły, bo trzeba „nadrobić niedoskonałości” wychowania przez rodziców. Szkoła zaś to idealne miejsce, gdzie różnego typu kuratorzy mogą wyłapać te dzieci, które nie pasują do urzędniczego „klucza”, będącego dziś podstawą państwowej edukacji i wychowania. Biurokratyczny system nie ma skrupułów. Nie może być mowy o empatii wobec dziecka czy jego rodziny – jest schemat, odpowiednia miarka i skrupulatne sprawdzanie, czy wypełnione zostały wymogi systemu. Ta patologia i państwowa przemoc wobec rodziny postępuje. By to zrozumieć, wystarczy przejrzeć ostatnie, najgłośniejsze wypadki – odbieranie dzieci rodzinie Bajkowskich, rodzinie z Lubaczowa, czy próba odebrania babci zbyt grubego 5-latka.

Jeśli nie umiesz wychować zgodnie ze schematem dziecka, system prędzej czy później postara ci się je odebrać. System udaje, że dzięki tego typu inżynierii społecznej przyszli obywatele Polski będą idealni – jak z plakatu, ugodowi, uśmiechnięci, dopasowani, szczęśliwi. W rzeczywistości jednak, gdy już mija termin urabiania obywatela, wraz z osiągnięciem przez niego pełnoletności, system edukacji wypluwa swoje ofiary bez zmrużenia oka i pozostawia na pastwę losu. Przestają państwo jakkolwiek obchodzić. Już się o nich nie mówi w Sejmie ani w znanych telewizjach informacyjnych. Chyba że złamią prawo, pójdą na mecz bądź wezmą udział w bójce, którą pokażą media. Wtedy politycy znów się nimi zaczynają interesować. Donald Tusk i Bartłomiej Sienkiewicz zwołają konferencję i zapewnią, że oto nadszedł czas „socjalizowania siłą”.