Parę lat temu, już po Smoleńsku, grupa znajomych świętowała letnią porą imieniny kolegi. Leniwy upał, woda i las skłaniały do łagodnego spojrzenia na świat mimo tragicznych wydarzeń. Zebrani martwili się o rozwój i zaniedbania w śledztwie, o kolejne powodzie zalewające wtedy kraj, rozmyślali o założeniu jakiegoś stowarzyszenia czy grupy patriotycznej. Jedna z obecnych, milcząca do tej pory, w pewnej chwili wstała. – Ależ wy jesteście pisiory, wszyscy tutaj to pisuary! – krzyknęła i opuściła zdumione towarzystwo. Wszyscy poczuli, że złamana została jakaś kolejna granica cywilizacyjna. Bo doszło do tego na spotkaniu w prywatnym gronie. Ale wcześniej to zjawisko rozpleniło się w sferach rządzących. Wtedy, gdy premier zabierał prezydentowi krzesło, a marszałek Sejmu kpił z zamachu w Gruzji, gdy policja ochraniała wrzeszczącą tłuszczę atakującą publicznie krzyż i pogrążonych w modlitwie obywateli. To nie były ekscesy. To była nowa świecka tradycja. Dziś się okazuje, że to utrwalony styl naszych władców. Widać, że innego nie ma co się spodziewać. Będą zarażali nim zwykłych porządnych ludzi.