Cały system III Rzeczypospolitej opiera się na hipokryzji oraz lepiej lub gorzej maskowanej realizacji interesów beneficjentów Okrągłego Stołu. Świetnie to widać przy okazji dyskusji o finansowaniu mediów.

Finansowanie ludzi związanych z mediami i ekspertów ds. publicznych przez partie polityczne może gorszyć. Problem w tym, że to przede wszystkim smutny rezultat nawarstwiających się przez cały okres istnienia III RP błędów o systemowym charakterze. W źle urządzonym państwie budowanie sieci uzależnień finansowych, w które wplątani są ludzie odpowiedzialni za analizę rzeczywistości, to jeszcze jedno narzędzie kontroli władzy społecznej.

Odwrócić uwagę
Ponad tydzień temu „Gazeta Wyborcza” opublikowała artykuł Agaty Nowakowskiej i Dominiki Wielowieyskiej: „Jak PiS i PO wydają miliony z budżetu”. Sposób skonstruowania materiału i tytuł jest w wypadku medium okrągłostołowego układu oczywisty. Należało odciągnąć uwagę od rządzącej partii, uderzyć w opozycję, zbudować pozór równowagi („wszyscy są umoczeni”) w sytuacji daleko idącej dysproporcji sił między władzą a opozycją. „GW” daje ideologiczne uzasadnienie projektom Platformy Obywatelskiej. Pomysły decydentów rządzącej partii, pod pozorem troski o budżet państwa, przyniosą jeszcze silniejszą koncentrację władzy i kapitału w jednych rękach. Mają to być ręce słuszne: PO, której skrót należy rozszyfrowywać jako Platforma Oligarchii. Ponad sześć lat rządów daje tej formacji ogromny bonus: przeniknięcie sfery na przecięciu polityki, administracji i różnych form gospodarki oraz biznesu umożliwi łatwe pozyskiwanie pieniędzy nawet w wypadku ustawowej likwidacji finansowania partii z budżetu.

Władza tylko dla swoich
Trudno uwierzyć, że dziennikarze „Gazety Wyborczej”, tak dobrze znający rodzime realia, nie zdają sobie z tego sprawy. Wszak to „GW” stała od zawsze na straży ideologii III RP – atakując i wyszydzając krytyków pookrągłostołowej Polski, nawet za cenę obrony jawnych patologii. Jednym z poważniejszych mankamentów naszego państwa jest trudność zbudowania w pełni niezależnych od polityki instytucji i opiniotwórczych ośrodków. Dlaczego? Ponieważ od początku III RP założono, że władzę polityczną i duchową będzie dzierżyła pewna formacja polityczna, która utrzyma status quo wygodny dla beneficjentów Okrągłego Stołu. Mówiąc publicystycznym skrótem: projekt Polski rządzonej przez Unię Wolności wciąż ma się dobrze, nawet jeśli – wskutek oporu materii – starych znajomych Adama Michnika zastąpił „wyrób UW-podobny”, czyli PO.

Szczeliny w matriksie
Gdy Agata Nowakowska i Dominika Wielowieyjska pisały swój tekst, zdecydowanie liczyły na ignorancję czytelników. Pewnie słusznie, bo pokolenie lemingów nigdy nie wykazywało większego zainteresowania historią: woli medialne migawki i logikę newsa. Tymczasem sam artykuł niesie informacje, które można traktować jako „przebicie w matriksie”. Pojawiają się tam nazwiska Witolda Beresia (niegdyś „GW”, „Tygodnik Powszechny”) i Krzysztofa Burnetki, ludzi, którzy budowali ideologiczne podstawy pookrągłostołowej Polski. To oni w prasie i telewizji tłumaczyli zachodzące przemiany szerokim rzeszom odbiorców. To oni uwiarygodniali Polskę projektowaną między Magdalenką a „nocną zmianą”. To Bereś jest autorem dwóch znamiennych wywiadów: z Czesławem Kiszczakiem i Krzysztofem Kozłowskim, których owocna współpraca na niwie służb po-PRL-owskich stanowi jeden ze zworników III RP. Były dziennikarz „GW” dobrze odegrał swoją rolę: u progu III RP dał Kiszczakowi i Kozłowskiemu możliwość przedstawienia opinii publicznej własnej wersji zdarzeń, które wciąż determinują naszą rzeczywistość. I opis tych wydarzeń też w znacznym stopniu wciąż zależy od interpretacji Kiszczaka, Kozłowskiego, Beresia czy Burnetki...

Współbrzmienie rządu i „Wyborczej”
Oczywiście dziennikarki „GW” nie pozwoliły sobie na tłumaczenie czytelnikom pewnych spraw, które – zrozumiane – mogłyby wywołać znaczny zamęt w głowach młodszych czytelników organu prasowego eks-Unii Wolności. Widocznie uznano, że Beresiowi i Burnetce większa krzywda się nie stanie, jeśli jako byli dziennikarze, czasem finansowani przez PO, pojawią się w „demaskatorskim” tekście, ukazującym, jak pieniądze od partii płyną do środowisk opinii: mediów, publicystycznie aktywnych naukowców. Problem w tym, że całą rzeczywistość III RP od podstaw budowano tak, by możliwie zminimalizować niezależność opinii publicznej od „jedynie słusznej” władzy. I trzeba dziękować przede wszystkim krnąbrności Polaków, że w ciągu ostatnich 20 lat nie była to jednak nieprzerwana dominacja grupy wpływów wywodzącej się z Unii Wolności. Kłopot w tym, że Platforma Obywatelska okazała się godnym dziedzicem ukochanej formacji Adama Michnika i jego kolegów, w tym Beresia i Burnetki: rządząca dziś partia jest Unią Wolności czasów postpolityki. I stąd to współbrzmienie między politycznymi pomysłami PO na jak najdalej idącą hegemonię a publicystyką „GW”. Stąd także – źródłowo – system wspierający medialną jednomyślność main­streamu w jego sympatii do PO i awersji wobec PiS‑u, któremu różnej maści eksperci i publicyści nigdy nie wybaczą planów zerwania z pookrągłostołowym porządkiem.

Hipokryzja III RP
To naprawdę tragikomiczne, gdy ludzie zasłużeni dla utrwalania systemu, jego ideologiczni nadzorcy, czyli publicyści „GW”, próbują ciężar odpowiedzialności za sytuację zrzucić na innych. A Bereś i Burnetko chętnie umywają ręce – przecież nie są już dziennikarzami. Znamienne są ich wypowiedzi dla branżowego pisma „Press”, już po opublikowaniu przywoływanego tu tekstu z „GW”. „To zacne, że są jeszcze partie polityczne, które zasilają projekty kulturalne” – mówi Burnetko o finansowym wsparciu, jakie otrzymała od PO jego fundacja Świat Ma Sens. Bereś dodaje: „Od czasu mojego odejścia z »Gazety Wyborczej« w 2006 roku nigdzie nie ma moich tekstów. Piszę książki, organizuję imprezy i produkuję filmy”. Pan Bereś chyba nadto jednak wierzy w ułomność ludzkiej pamięci, a może sam zapadł na specyficzną formę historycznej amnezji?

Cały system III RP opiera się na hipokryzji, lepiej lub gorzej maskowanej realizacji interesów beneficjentów Okrągłego Stołu. Właśnie o tym należy przypominać, odnosząc się do publicystyki ideologów III RP, którzy w znacznym stopniu wywodzą się ze środowiska „Gazety Wyborczej”.

Autor jest redaktorem „Nowego Obywatela”, publicystą portali Plac Wolności i Deon.pl.