Deficyt demokracji to jedna z głównych wad systemu politycznego w Polsce. Nie chodzi tylko o to, że brakuje warunków autentycznej konkurencji politycznej, bo pluralizm mediów jest fikcją. W Polsce także demokracja bezpośrednia jest martwa.
 
Zawarte w konstytucji instytucje referendum i ludowej inicjatywy ustawodawczej skonstruowano tak, jakby obawiano się aktywności obywateli i ich zastosowania. Wprawdzie uchwalono ustawę o wykonywaniu inicjatywy ustawodawczej przez obywateli, ale nie zadbano o to, by obywatele zgłaszający projekty ustaw mieli wpływ na przebieg prac nad nimi w Sejmie. Fakty mówią najlepiej o kryzysie tej instytucji. W poprzedniej kadencji Sejmu tylko dwa spośród 18 obywatelskich projektów ustaw doczekały się pozytywnego rozstrzygnięcia. Wśród nich były inicjatywy tak istotne, jak zgłoszony przez komitet reprezentowany przez Jakuba Płażyńskiego projekt dotyczący repatriacji Polaków ze Wschodu. Przepadały, choć żaden z projektów obywatelskich nie miał populistycznej treści, żaden też nie narażał na destrukcję finansów publicznych.

Wrogość wobec obywatelskich projektów ustaw jest już coraz bardziej zauważana w debacie publicznej. W dyskursie publicznym wskazuje się m.in. na potrzebę wprowadzenia zakazu odrzucania przez Sejm obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej w pierwszym czytaniu, przyjęcia zasady ciągłości prac nad projektem ustawy bez względu na upływ kadencji i wyposażenie pełnomocnika komitetu w uprawnienia dające mu wpływ na przebieg parlamentarnych prac nad projektem ustawy. Warto zauważyć w tej mierze dorobek Instytutu Spraw Obywatelskich, który od blisko roku prowadzi kampanię na rzecz umocnienia ludowej inicjatywy ustawodawczej i przedstawia propozycje zastosowania konkretnych rozwiązań („Obywatele decydują. Obywatelska inicjatywa ustawodawcza jako narządzie kształtowania postaw obywatelskich”, Instytut Spraw Obywatelskich, Łódź 2012).

Lekceważenie milionów

Najgorzej przedstawia się kwestia referendum krajowego (art. 125 konstytucji). Konstytucja dała możliwość zarządzania referendum z inicjatywy obywateli, ale całkowicie uzależniła je od większości parlamentarnej. Przepis o referendum okazał się całkowicie martwy. Po 1997 r. nie zastosowano tej instytucji ani razu, choć w wypadku inicjatywy Solidarności w sprawie emerytur zebrano ponad 2 mln podpisów. Przypomnieć wypada także zebranie blisko 2 mln podpisów przeciw prywatyzacji lasów. Nie bez znaczenia jest to, że taka liczba podpisów to znacznie więcej niż zakres wyborczego poparcia dla SLD (1 184 303), PSL (1 201 628) i Ruchu Palikota (1 439 490).

Wreszcie w ostatnich dniach Stowarzyszenie i Fundacja Rzecznik Praw Rodziców, inicjatorzy akcji „Ratujmy maluchy”, przedstawiły blisko milion podpisów pod wnioskiem o zarządzenie referendum w sprawie przyszłości edukacji. Znów podkreślić należy wartość merytoryczną tej inicjatywy, która dotyczy nie tylko zniesienia przymusu szkolnego w stosunku do sześciolatków, lecz także wielu istotnych decyzji edukacyjnych (powrót do dawnego podziału na szkołę podstawową i średnią vs trwanie obecnej formuły 6-3-3, nauczanie historii w szkole). W istocie sens tego referendum to zatrzymanie destrukcji polskiej oświaty i zaprzestanie całkowitego lekceważenia praw rodziców. Także w tym wypadku premier Donald Tusk zapowiedział blokowanie zarządzenia referendum w Sejmie.

Zmienić konstytucję

W reakcji na zablokowanie demokracji bezpośredniej PiS zgłosiło projekt zmian w konstytucji poszerzający polityczne prawa obywateli. Przede wszystkim chodzi o urealnienie referendum. Według projektu w razie zebrania miliona podpisów referendum będzie zarządzane obligatoryjnie. Jesteśmy przekonani, że przy tak wielkim poparciu dla inicjatywy referendalnej respekt dla wysiłku obywateli wymaga tego, by ich prawa do podejmowania decyzji w drodze referendum były rzeczywiste i nie podlegały weryfikacji przez większość polityczną w Sejmie. Wyłączeniu spod referendum podlegałyby zmiany w konstytucji (realizowane w innej procedurze), budżet, polityka obronna, amnestia. Odpada zatem zarzut, że referendum może być użyte w celu destrukcji państwa.

W wypadku ludowej inicjatywy ustawodawczej projekt wprowadza zakaz jej odrzucania w pierwszym czytaniu (a więc konieczność prac merytorycznych) i równe prawa w postępowaniu legislacyjnym. Ponadto przy projektach obywatelskich zakończenie kadencji Sejmu nie będzie wpływało na bieg prac ustawodawczych niezależnie od tego, na jakim etapie procedowania się znalazły. Nowo wybrany Sejm będzie musiał do nich powrócić.

Ponadto projekt daje obywatelom prawo do inicjatywy konstytucyjnej. Grupa co najmniej miliona obywateli będzie mogła zgłosić projekt konstytucji i wszcząć pracę nad nim na takich samych prawach, jakimi dysponują dziś prezydent, grupa posłów i Senat. Konstytucja jest aktem wyjątkowym, jej uchwalenie jest szczególnym wyrazem suwerenności narodu. Trudno się zgodzić, by z prawa do inicjowania zmian w konstytucji wykluczeni byli sami obywatele. Nowelizacja likwiduje także w tej sferze deficyt demokracji. Nie ma żadnych aksjologicznych i pragmatycznych racji, które mogłyby uzasadniać pozbawienie obywateli prawa do czynnego udziału w wykonywaniu władzy tworzenia konstytucji.

Realny instrument demokracji

Otwarcie na demokrację bezpośrednią nie jest rozwiązaniem doraźnym. Dotyczy wyboru modelu ustrojowego w Polsce. Argumenty, które podnoszono przeciw demokracji bezpośredniej ponad dwieście lat temu - obecne choćby w pismach Monteskiusza - straciły wiele na znaczeniu. Za wyłącznością demokracji bezpośredniej miał przemawiać niski stopień wykształcenia społeczeństwa i brak technicznych możliwości komunikacji w skali dużego państwa. Pierwszy z tych argumentów podważają masowa edukacja i szeroki dostęp do szkolnictwa wyższego. Drugi - nowe technologie komunikacyjne, które pozwalają nam prowadzić debatę w skali masowego społeczeństwa. Nie mniej istotne jest to, że w europejskiej myśli politycznej doszło do reorientacji w sprawie referendum. Wypada wskazać choćby na André Tardieu, premiera Francji w okresie międzywojennym, dla którego referendum było środkiem bezpośredniego dialogu odpowiedzialnej władzy i społeczeństwa, podnoszącego jakość polityki państwowej.

Trzeba mieć także na uwadze konkretne polskie doświadczenie upadku jakości polityki powiązanego z deficytem demokracji. Dziś polską politykę trawią oligarchia, unikanie odpowiedzialności i brak demokratycznej kontroli. Jeśli chcemy odbudowy przywództwa i władzy odpowiedzialnej, musimy czynić to w sojuszu z aktywną opinią publiczną. Jak pokazuje przykład referendum za odwołaniem prezydent Warszawy Hanny Gronkiewicz-Waltz, instrumenty demokracji bezpośredniej są jedynym ratunkiem przeciw władzy niekompetentnej i aroganckiej. Także w skali całego państwa referendum i ludowa inicjatywa ustawodawcza będą sprzyjały dobrej jakości rządzenia. Opinia publiczna wyposażona w realne instrumenty stawia rządzącym wyższe wymagania.

Rządy PO to unikanie przywództwa i odwracanie uwagi społeczeństwa od spraw publicznych. Trzeba temu przeciwstawić odpowiedzialne przywództwo i zaufanie do opinii publicznej.

Autor jest politykiem i prawnikiem, posłem na Sejm RP, członkiem Komitetu Politycznego PiS-u