Co oczywiste, głównym czarnym charakterem poprzedniego tekstu Michalskiego był Szymon Hołownia, który sięga po drugie miejsce w rankingu poparcia dla partii politycznych, a który wcześniej miał się przyczynić do osłabienia Rafała Trzaskowskiego w wyborach prezydenckich. Kolejny tydzień przyniósł małe trzęsienie ziemi na scenie politycznej, które doczekało się kolejnego, jeszcze bardziej histerycznego tekstu Michalskiego. Nim oddam głos dziś liberalnemu, wczoraj lewicowemu, a przedwczoraj konserwatywnemu publicyście (cały czas mowa o jednej osobie), spójrzmy, co wydarzyło się w zeszłym tygodniu.

Narzędzia różne, lecz niezmienny priorytet Platformy

Jak na pewno Państwo pamiętają, gdy Prawo i Sprawiedliwość nie było do końca przekonane do efektów negocjacji z Unią Europejską w sprawie Funduszu Odbudowy, opozycja motywowała ugrupowanie Kaczyńskiego z całych sił, gwarantując całkowite poparcie w głosowaniach i mając usta oraz klawiatury pełne wzniosłych słów o interesie narodowym. 

Gdy jednak okazało się, że premier wynegocjował, co trzeba, i jest z tego zadowolony, lecz zadowolenia tego nie podziela Solidarna Polska, Borys Budka wraz z kolegami zapomnieli, co mówili chwilę wcześniej, upatrując w ewentualnym przegraniu przez Mateusza Morawieckiego kluczowego głosowania szansy na doprowadzenie rządu do upadku. To zaś – co przyznał niedawno Cezary Tomczyk – jest dla działaczy Platformy sprawą kluczową i przesłaniającą wszystkie inne sprawy. Do tego stopnia, że jej politycy gotowi są stanąć nagle ramię w ramię nie tylko z partią Zbigniewa Ziobry, lecz nawet z eurosceptykami z Konfederacji. 

Najlepiej tę woltę PO podsumowali autorzy mema, w którym na słynnym już zdjęciu Jarosława Kaczyńskiego i Radosława Fogla szef PiS każe współpracownikowi wrzucić na prompter treść przemówienia Ziobry. Ktoś inny zrobił podobny żart, podkładając pod filmik z ministrem sprawiedliwości wystąpienie Budki o unijnych urzędnikach i, cóż, można powiedzieć, wszystko pasuje. 

Medialny walec przetoczył się po Lewicy

Plan zaczął się jednak rozłazić, gdy w połowie zeszłego tygodnia ogłoszono, że odbędą się rozmowy z Lewicą w sprawie udzielania poparcia rządowi w sprawie funduszu, a następnie, nim jeszcze ktokolwiek zdołał przetrawić tę autentycznie dla wielu łamiącą wiadomość, okazało się, że sprawę już przegadano, postulaty dopisano i zawarto stosowne porozumienie. 

Gdybyśmy mieli do czynienia z prawicą, w tym momencie rozległyby się okrzyki „hańba!”, trzeba jednak zaznaczyć, że akurat prawa strona ten deal z lewicowcami zniosła całkiem spokojnie. Na pewno wpływ na to miał fakt, który później aktywistkom Razem wypomniały ich koleżanki (chyba już raczej „dawne koleżanki”) ze Strajku Kobiet, że nie pojawiły się żadne postulaty z obyczajowej agendy Lewicy, a zgłoszone przez nią punkty dotyczyły spraw socjalnych, pod którymi PiS spokojnie mogłoby się podpisać, i kwestii kontrolnych, pod którymi podpisać się musiał. 
Hałas zrobiło jednak liberalne centrum i był to hałas, jakiego nie pamiętamy od bardzo dawna. Niektórzy przypomnieli sobie nawet, że są antykomunistami. Na okładce „Newsweeka” Tomasz Lis umieścił Czarzastego, Zandberga i Kaczyńskiego, stylizowanych na klasyków marksizmu-leninizmu, a Radosław Sikorski pisał o pakcie Ribbentrop-Mołotow. Politycy lewicowi dość brutalnie przekonali się, jak wygląda niszcząca i manipulacyjna potęga liberalnych mediów, gdy na kilka wieczorów i poranków stali się wrogiem numer jeden serwisów TVN i porannych debat radiowych. Choć Lewica zwyczajnie postawiła na własną polityczną podmiotowość, odwołując się w sferze werbalnej do patriotyzmu i kwestii socjalnych, a w kategoriach czysto politycznych do tej samej tęsknoty, na której wygrywa (w tym sporze w ogóle właściwie nieobecny) Szymon Hołownia, tęsknoty za działaniem wymykającym się ostremu podziałowi sceny politycznej. 

Czymże jest jednak współdziałanie dla dobra wspólnego wobec doktryny odsunięcia PiS od władzy za każdą cenę? 

Eurosceptycy z PO nadzieją „­klubu skąpców”?

Mijający tydzień pokazał, że w tej cenie może mieścić się nawet chwilowe wejście w nieprzychylną Unii retorykę (nie przypominam sobie, by kiedykolwiek wcześniej Borys Budka narzekał na wszechwładzę urzędników z Brukseli), lecz co więcej, wysadzenie w powietrze finansowej strategii całej UE i jej państw członkowskich czekających na pieniądze. 

W tym kontekście zastanawiać musi brak oczekiwanej przez wielu, również w samej PO, reprymendy ze strony centrali wobec polskiej delegacji w EPP. Na obrzeżu medialnego przekazu, zagłuszona przez niewątpliwie ciekawe rozważania na temat sytuacji w polityce krajowej, przewija się hipoteza, że Platforma piecze tu również drugą pieczeń i działa jako ostatnia nadzieja „państw skąpców”, które wcześniej nie zdołały zablokować funduszu. Jeśli jest to prawda, bardzo długo możemy czekać na jej ujawnienie, lecz czy kogoś dobrze znającego partię Borysa Budki w ogóle by to zdziwiło? 

W kontekście unijnym warto zauważyć, że prawdziwy eurosceptycyzm widzimy tu zupełnie gdzie indziej, niż wskazują nam komentatorzy. Okazuje się bowiem, że politycy PO całkowicie nie wierzą w unijne mechanizmy kontroli wydatków i rozdziału środków. Lewicowcy wskazują, że możliwości rozdrapania funduszy przez rządy, w tym rząd PiS, są ograniczone niemal do zera, a losy pieniędzy będą ściśle monitorowane. Tymczasem świeży eurosceptycy z Platformy zdają się bardziej wierzyć w możliwości Jarosława Kaczyńskiego niż unijnych komisarzy i urzędników.

Inne pola konfliktu Lewicy z liberałami

Lewica tymczasem obrywa medialnie, sama jednak może się bronić, przekierowując uwagę na nowych politycznych przyjaciół Platformy i budować swój wizerunek w perspektywie bardziej długofalowej. „Sejmowa Lewica rzuciła Kaczyńskiemu koło ratunkowe. Dobrze wypasione, podbite futerkiem, z uchwytami na drinki. Czarzasty zrobił to z cynizmu, Zandberg z powodów ideologicznych, Biedroń z politycznej głupoty” – atakuje znów Cezary Michalski, wieszcząc, że to przez zachowanie lewicowej trójki czeka nas autorytarny „Budapeszt w Warszawie”. I znów – niewiara w instytucje Unii, strach przed Kaczyńskim i nienawiść do każdego, kto nie jest Platformą. Publicystyka to jedno, polityka – drugie. 

Konflikt z liberałami wybucha w miejscach mało spodziewanych, takich jak choćby nieformalne struktury Strajku Kobiet. Najlepiej znane z mediów organizatorki z Martą Lempart na czele okazały się mocno oderwane od dużej grupy swoich koleżanek z protestów, a ich ultimatum dla Lewicy stało się początkiem konfliktu, który może mocno wyhamować tę gasnącą już inicjatywę. Czy nowa sytuacja doprowadzi do trwałej zmiany? 

Deklaracje, że klub Włodzimierza Czarzastego może poprzeć wniosek o opóźnienie głosowania w sprawie funduszy pokazuje, że choć wiele mostów w ostatnich dniach spłonęło, coś można jeszcze próbować ratować. 

Czy warto, muszą sobie odpowiedzieć sami politycy, którzy wraz z sympatykami dostali chyba niespodziewanie dla siebie bardzo brutalną lekcję Polski liberalnej.