Artur Schopenhauer, autor książki „O erystyce, czyli sztuka przekonywania”, którą pierwszy raz przeczytałem na początku studiów, a która później nierzadko przydawała mi się w polityce, podawał różne przykłady chwytów retorycznych, pozwalających „załatwić” przeciwnika. Nie podał jednak sztuczki, którą zastosował przywódca mormonów w USA, następca założyciela tej sekty Brigham Young. 

Kto pragnie żywota wiecznego na trzech nogach

Young, zwany też „amerykańskim Mojżeszem”, podawał się za cudotwórcę. Wiele osób mu uwierzyło. Wśród nich kaleka o jednej nodze, który prosił o przywrócenie drugiej, utraconej. Na to naczelny mormon odpowiedział: „To nie jest niemożliwe, lecz przemyśl, przyjacielu, skutki mojego cudu. Jeśli dokonam takiego cudu, będziesz miał do końca twojej ziemskiej wędrówki dwie nogi, jednak w momencie Sądu Ostatecznego wraz z tobą zmartwychwstaną nie tylko twoje obie nogi, w tym jedna, którą odzyskasz dzięki mojemu cudowi, lecz także tamta wcześniej utracona. Zatem przez całą długą wieczność będziesz musiał kuśtykać na trzech nogach. A więc przemyśl poważnie, przyjacielu, czy nie byłoby dla ciebie lepiej, abyś do końca tej krótkiej ziemskiej wędrówki nie pogodził się ze stanem obecnym, czyli życiem z jedną nogą”.

Mister Young już dawno nie żyje, a szkoda, bo mógłby uczyć na kursach dla początkujących polityków, jak po amerykańsku wykręcać kota ogonem. 

Przypadek założyciela the Eastman Kodak Company

Amerykanie słyną z wielu rzeczy, przy czym niekoniecznie z poczucia humoru. Trzeba jednak przyznać, że w jednej dyscyplinie są w ścisłej czołówce światowej – chodzi o czarny humor. Oczywiście teraz nazywa się tam on inaczej, bo słowo „czarny” budzi rasistowskie konotacje i jest zakazane. Przykładem klasycznego czarnego humoru w dosłownym tego słowa znaczeniu jest reakcja na autentyczną sytuację, z udziałem założyciela słynnej firmy produkującej aparaty fotograficzne Kodak, George’a Eastmana.

Był on autorem sloganu, który reklamował aparaty Kodaka dla amatorów. Ów slogan brzmiał: „Proszę nacisnąć spust. My zrobimy resztę”. Tenże slogan zapoczątkował lata świetności Kodaka. Pewnego razu, podczas wielkiego kryzysu w Stanach Zjednoczonych w latach 30., Eastman zaprosił do siebie gości. Rozmawiali o muzyce. W pewnym momencie cierpiący na nieuleczalną chorobę Eastman przeprosił ich, przeszedł do drugiego pokoju i… się zastrzelił. Przerażeni wystrzałem goście zjawili się od razu w pokoju samobójcy i w pobliżu zwłok znaleźli krótki list: „Moja praca została wykonana. Po co czekać?”. Zaszokowani goście milczeli. W końcu jednemu z nich się wyrwało: „Proszę nacisnąć spust. My zrobimy resztę”…

Filiżanka Jerzego Waszyngtona i geneza izby wyższej Kongresu 

W swoim czasie Platforma Obywatelska domagała się likwidacji Senatu RP jako instytucji całkowicie zbędnej i generującej koszty. Populizm? Owszem, jak najbardziej. A jednak PO głosiła to przez lata. Gdy półtora roku temu marszałkiem Senatu został jej przedstawiciel Tomasz Grodzki, wówczas PO zapomniała o swoim dawnym fundamentalnym postulacie. 

Być może należałoby reedukować działaczy Platformy, przytaczając im historię rozmowy dwóch amerykańskich prezydentów: pierwszego Jerzego Waszyngtona (1789–1797) i trzeciego Thomasa Jeffersona (1801–1809). Ojcowie założyciele Ameryki dyskutowali o przyszłym kształcie parlamentu USA. Zastanawiali się, czy ma być jedno-, czy dwuizbowy. Gospodarz Waszyngton przyrządził gościowi herbatę. Jefferson spróbował napoju i natychmiast odsunął filiżankę od ust – herbata była bardzo gorąca. Wylał z naczynia trochę napoju na spodek, ostudził i wypił. Po chwili zapytał Waszyngtona, jakie jest ostatecznie jego zdanie na temat Senatu: jest potrzebny czy nie? Na co pierwszy prezydent USA odpowiedział: „Przecież sam rozstrzygnąłeś ten dylemat! Gdy miałeś herbatę w filiżance, to parzyła ci usta. Gdy podzieliłeś ją na dwie części, ostudziłeś ją i mogłeś wypić. Podobnie jest z obradami i głosowaniami ustaw. Jeżeli ma się to odbywać w jednym zgromadzeniu, to wywołuje częste spory właściwe ludziom, którzy mają tendencje despotyczne i chcą niepodzielnej władzy. Tymczasem ustawodawstwo rozłożone na dwie izby pozwala dyskutować spokojniej i z rozwagą”...

Rękawiczka Marka Twaina i portret Grety Garbo

Od amerykańskiej polityki przejdę do amerykańskiej literatury. Jeden z najwybitniejszych pisarzy w dziejach USA, bardzo znany poza granicami kraju Mark Twain słynął z ironicznego poczucia humoru. Pisarz odwiedził kiedyś artystę malarza Jamesa Whistlera w jego pracowni. Podszedł do będącego na ukończeniu obrazu, pochwalił pracę, ale przyczepił się do szczegółu. „Tylko tam u góry, w rogu, nie podoba mi się ta chmura. Ja na pańskim miejscu usunąłbym ten zbędny detal”. Po czym uczynił gest, jakby chciał coś w tym miejscu zetrzeć. Whistler przestraszył się i zawołał: „Uważaj pan! Obraz jeszcze nie wysechł!”. Riposta Twaina: „Proszę się nie obawiać, nie pobrudzę się, mam przecież rękawiczkę”.

Dialog Grety Garbo (której pseudonim artystyczny miał pochodzić od polskiego określenia „nie garb się”) z jej fotografem z Holly­wood stał się jedną z najchętniej przytaczanych w USA anegdot. Garbo oglądała swoje najnowsze artystyczne zdjęcia. Nie była z nich zadowolona i z pretensją zwróciła się do ich autora: „Muszę stwierdzić, że dawniej robił mi pan o wiele lepsze portrety”. Na co bezczelny i prawdomówny fotograf odparł: „To prawda, proszę pani, ale to było przed 15 laty”.

Bierne prawo wyborcze do Senatu USA 

Mówiliśmy już o idei amerykańskiego Senatu. Jej twórca Jerzy Waszyngton wraz ze swoim interlokutorem i jednym z następców w Białym Domu Thomasem Jeffersonem pewnie przewróciliby się w grobie, gdyby usłyszeli rozmowę, której uczestnikiem był kolejny następca obu panów w Białym Domu, republikański prezydent Calvin Coolidge. Zapytano go, dlaczego do Senatu z ramienia Partii Republikańskiej kandyduje, jak to określono, „notoryczny łotr i kanalia”. Na co prezydent USA odrzekł wyjątkowo szczerze jak na polityka: „To bardzo możliwe. U nas osobnicy tego typu są tak liczni, że mają pełne prawo do swoich przedstawicieli w Senacie”.

Być może w Senacie USA dalej są „łotry i kanalie”. Trzeba jednak przyznać, że pewną rekompensatą jest fakt, iż przynajmniej amerykańscy prezydenci potrafią być autoironiczni i dowcipni.

Czy 46. prezydent USA w dziejach Joseph Robinette Biden również ma te cechy?