Dla wszystkich jest jasne: młodzież z butelkami z benzyną tej walki nie wygra. Sztab śle meldunki o wsparcie do aliantów, lecz sojusznicy, choć obiecali zrzuty, nie kwapią się z pomocą. Nagle powstańczy patrol odkrywa magazyn z bronią. Tysiące karabinów, model wprawdzie sprzed 35 lat, ale wytrawnym żołnierzom znany, a celność i bezpieczeństwo można przecież sprawdzić w warunkach bojowych. Jednocześnie roznosi się wiadomość, że jakiś major, Przemysław Bondar, od początku wojny używa dokładnie tego modelu i wie, jak go obsługiwać. Ale sztabowcy zamiast wezwać Bondara i sprawdzić karabin, mówią, że znaleziona broń jest niepewna, przestarzała, plombują magazyny z karabinami i coraz głośniej opowiadają, że naloty aliantów na pozycje wroga ruszą niebawem, a zrzuty to pewnie będą już dziś w nocy… W szeregach rośnie frustracja. Część wojska jest zdania, że tylko alianci nas wybawią, a jedyne, co można zrobić, to czekać na zrzuty; inni zaś, i jest ich coraz więcej, napierają, aby otworzyć magazyny, rozdać broń i walczyć.

Po stronie powstańców rosną straty, a dowództwo zwleka z otwarciem magazynów. W końcu, pod naciskiem wojska i warszawiaków, sztab ogłasza, że owszem, karabiny może okażą się przydatne, lecz należy je poddać testom na strzelnicy, nadać certyfikat bezpieczeństwa i ostrzelać na poligonie. Rusza procedura wyboru strzelnicy, ogłaszany jest nabór na dyplomowanych rusznikarzy, wybierana jest komisja. Upływają dni, trup ściele się gęsto, szpitale przepełnione, a główny dowódca od spraw uzbrojenia, zanim uruchomiono testy broni, kolportuje szyfrogram, że karabinki są niebezpieczne, siła odrzutu urywa rękę, a celność – żadna. Równocześnie co bardziej zdesperowani dowódcy wykradają z magazynów poszczególne karabinki, rozdają żołnierzom i skutecznie walczą. Mijają tygodnie, przybywa ofiar, a testy na strzelnicy kolejny raz są przekładane. Co nam przypomina ta opowieść? To historia amantadyny.