Zmiana. Słowo budzące niepokój i nadzieję. Niepokój, bowiem każda zmiana to niewiadoma, a ludzie nade wszystko obawiają się nieznanego. Nadzieję, bo w XVIII wieku dawne ustroje, prawa i instytucje coraz wyraźniej odrywały się od świata zwykłych ludzi. Niewiadoma przyszłość wydawała się więc lepsza od nieznośnej teraźniejszości.

Wolność, sprawiedliwość oraz równość wobec prawa – za tym tęskniło coraz więcej mieszkańców Europy. Gdy Europejczycy jeszcze marzyli, Amerykanie rozpoczęli wcielanie marzeń w czyn. Sposobem na budowę państwa, w którym obywatele będą mogli cieszyć się swymi przyrodzonymi prawami – prawem do wolności, do życia i do dążenia do szczęścia – miało być oparcie go na konstytucji. Tę zaś postrzegano jako ustawę regulującą prawa i obowiązki obywateli oraz zasady organizacji władzy państwowej. Istotą konstytucji był fakt, że obowiązywać miała wszystkich – zarówno rządzonych, jak i rządzących. Drugim w świecie narodem, który sięgnął po konstytucję jako metodę organizacji własnej państwowości, stali się Polacy. O ile jednak Amerykanie od przyjęcia konstytucji zaczęli swoje nowe państwo budować, o tyle Polacy konstytucją próbowali stare ratować.

Polska jako step niezamieszkany

„Rozbiór Polski już przeszło sto lat przedtem był wielokrotnie omawiany, a kraju tego od tego czasu nie można było traktować jako zamkniętego domu, lecz tylko jako drogę publiczną, po której stale grasowały obce wojska. Czy inne państwa miały temu przeszkadzać, czy miały one stale warować z dobytym mieczem, aby strzec politycznej świętości granicy polskiej? Byłoby to żądaniem moralnie niemożliwym. Polska w owym czasie była pod względem politycznym niewiele więcej niż nie zamieszkanym stepem; i podobnie jak mało było możliwości stałego uchronienia tego bezbronnego stepu położonego między innymi państwami od ich napaści, tak równie trudno było zapewnić nienaruszalność tego tzw. państwa”.

Tak surowo ocenił Rzeczpospolitą wieku XVIII Carl von Clausewitz, słynny teoretyk wojny. Surowo, ale – co trzeba przyznać – dość sprawiedliwie. Nie można bowiem zaprzeczyć, że było tak, jak pisał Clausewitz: „Na długo przed podziałem Polski Rosjanie czuli się tam jak u siebie w domu. Pojęcie niepodległego, odgraniczonego z zewnątrz państwa już nie istniało i było rzeczą najpewniejszą, że Polska, gdyby nie uległa rozbiorom, stałaby się prowincją rosyjską”. Jednak pruski generał nie doceniał, bo po prostu nie był w stanie, siły polskiego patriotyzmu, uczucia szczególnie potężnego nie wśród kosmopolitycznych, goniących za splendorami i talarami magnatów, lecz u średniej i ubogiej szlachty. Uczucie to zaczynało również dojrzewać wśród ludu.

Dla dobra powszechnego

W swej słynnej balladzie „Rejtan, czyli raport Ambasadora” Jacek Kaczmarski jednym tylko, ale jakże trafnym wersem opisał Rzeczpospolitą z czasów króla Poniatowskiego: „Skłócony naród, król niepewny, szlachta dzika…”. I choć żaden z tych czynników nie znikł wiosną 1791 roku, to Polakom udało się zadziwić opinię europejską. Oto ci, których postrzegano jako dobrych żołnierzy – dobrych, a nie bardzo dobrych, bo ówcześnie za bardzo dobrych uznawano takich, którzy wykonują rozkazy jak automaty i nie myślą – zdobyli się na dzieło, którego przed nimi nie dokonał w Europie nikt. Na pracę intelektualną, na głęboką refleksję ustrojowo-prawną, na przełamanie wiekowych przyzwyczajeń i niewzruszalnych zdawało się stereotypów. I nie było w gruncie rzeczy istotne, że Konstytucję uchwalono podstępem mającym cechy zamachu stanu. Wielu bowiem było obywateli Rzeczypospolitej umiejących kochać Ojczyznę i dla Niej się poświęcać. To o nich mówiła pieśń, będąca ówczesnym hymnem Rzeczypospolitej:

Święta miłości kochanej Ojczyzny,
Czują Cię tylko umysły poczciwe!
Dla ciebie zjadłe smakują trucizny,
Dla ciebie więzy, pęta niezelżywe.
Kształcisz kalectwo przez chwalebne blizny,
Gnieździsz w umyśle rozkoszy prawdziwe.
Byle cię można wspomóc, byle wspierać,
Nie żal żyć w nędzy, nie żal i umierać.

Wielu uznało, że rzeczywiście Konstytucja jest dziełem zacnym i korzystnym „dla dobra powszechnego, dla ugruntowania wolności, dla ocalenia ojczyzny naszej i jej granic”, jak mówiła jej preambuła.

Mit Konstytucji

Konstytucja okazała się ostatnim wielkim aktem Rzeczypospolitej szlacheckiej. Po niespełna 15 miesiącach Stanisław Antoni Poniatowski (z próżności zmienił drugie imię na August), oportunista i konformista, fatalny król Polski, a użyteczny agent Rosji, zniweczył dzieło, którego był współtwórcą, przystępując do konfederacji targowickiej. Jednak Konstytucja przetrwała: początkowo jako wspomnienie dające siłę Polakom zniewolonym. Z czasem wspomnienie przerodziło się w mit Konstytucji, dowód, że potrafiliśmy nie tylko nadstawiać piersi i szablami biegle władać, lecz także tworzyć rzeczy nowe i nowoczesne. W okresie II Rzeczypospolitej dzień uchwalenia Konstytucji 3 maja był najważniejszym świętem młodego państwa, które potrzebowało takich właśnie mitów spajających budowlę polskiej demokratycznej republiki. W czasie, gdy Polska ponownie stała się rosyjskim – w jego sowieckiej wersji – protektoratem, mit Konstytucji dawał nadzieję, że znów wspólnym wysiłkiem uda się naród obudzić do wielkości.

Efektem ubocznym mitologizacji Konstytucji stało się zacieranie szczegółów. Ważne było podkreślanie jej nowatorstwa, pierwszeństwa na kontynencie, jej „wysiłek modernizacyjny”, jak powiedzielibyśmy dzisiaj. Przyjrzyjmy się zatem bliżej niektórym ciekawszym pomysłom zawartym w dziele naszych przodków.

Nowe jest dobre

Najważniejszą myśl Konstytucji 3 maja, taką, która rzeczywiście rewolucjonizowała dotychczasowy porządek rzeczy, znajdujemy w rozdziale piątym. Tam, w jednym krótkim zdaniu, zawarto całą istotę demokracji: „Wszelka władza społeczności ludzkiej początek swój bierze z woli narodu”. Czyli demokracja – jeszcze nie powszechna, bo ówczesne pojęcie „narodu” różniło się od dzisiejszego, i koncepcja równości wszystkich wobec prawa miała pojawić się dopiero w przyszłości. Niesłychanie ważnym było uznanie przez Konstytucję „ludu rolniczego, spod którego ręki płynie najobfitsze bogactw krajowych źródło…” za część narodu.

Precyzowała Konstytucja, że demokracja ma być przedstawicielska, bo „prawodawstwo sprawowane być nie może przez wszystkich”. Powierzenie władzy ustawodawczej sejmowi pochodzącemu z wyboru to nawiązanie do tradycji polskiego parlamentaryzmu. I tu znajdujemy kolejne bardzo ważne novum: „Posłowie na sejmikach obrani w prawodawstwie i ogólnych narodu potrzebach podług niniejszej konstytucji uważani być mają jako reprezentanci całego narodu”. Zatem nie interesów tego czy innego powiatu, jakiegoś bogatego i egoistycznego magnata pan poseł miał bronić – jak było wcześniej – lecz narodu i państwa jako dobra wspólnego.

Wbrew potocznemu mniemaniu, nieszczęście związane z systemem liberum veto nie polegało na tym, że każdy, nawet pojedynczy poseł, mógł się sprzeciwić procedowanej ustawie. Każdy, kto widział genialny film „Dwunastu gniewnych ludzi” Sidney’a Lumeta, wie, że prawdy nie powinno ustalać się w głosowaniu omylnych wszak ludzi, że pozory mogą zwieść każdego, i że uzasadniona wątpliwość zasługuje na staranne rozważenie. Nieszczęściem związanym z polskim praktykowaniem jednomyślności stała się norma, że sprzeciw jednego posła, choćby w błahej sprawie podniesiony, unieważniał wszystkie uprzednio przez sejm podjęte uchwały. Tę właśnie fatalną praktykę Konstytucja znosiła, wprowadzając głosowanie większością głosów. 

Drugą przyczyną upadku Rzeczypospolitej było fatalne w skutkach mniemanie, że Polska powinna być słaba. Słabe państwo – argumentowali zaślepieni politycy – nikomu nie zagraża, więc nikt nie będzie miał interesu w nie uderzać. Twórcy Konstytucji byli pilnymi uczniami w szkole, w której historia była nauczycielką, więc zapisali, że „żaden rząd najdoskonalszy bez dzielnej władzy wykonawczej stać nie może. Szczęśliwość narodów od praw sprawiedliwych, praw skutek od ich wykonania zależy. Doświadczenie nauczyło, że zaniedbanie tej części rządu nieszczęściami napełniło Polskę”. Przewidywała zatem Konstytucja rząd sprawny, złożony z króla i pięciu ministrów: spraw wewnętrznych, zagranicznych, wojny, policji i skarbu. W skład rządu wchodzić miał również prymas pełniący funkcję prezesa komisji edukacji. To uznanie dla gigantycznego, wielowiekowego wysiłku Kościoła włożonego w zachowanie, rozwój i krzewienie wiedzy. I jeszcze jeden dowód na mądrość twórców Konstytucji: artykuł XI, zatytułowany „Siła zbrojna narodowa”. Napisany jasnym językiem, bez gadulstwa i ozdobników, wprost i konkretnie wyraża to, co najistotniejsze: „Naród winien jest sobie samemu obronę od napaści i dla przestrzegania całości swojej. (…) Wojsko nic innego nie jest, tylko wyciągnięta siła obronna i porządna z ogólnej siły narodu”. Dwieście trzydzieści lat później żadne słowo nie straciło wagi i mocy. 

Stare jest cenne

Konstytucja 3 maja została uchwalona w 825. rocznicę Chrztu Polski. Wiara chrześcijańska współtworzyła naród polski, Kościół współdziałał w budowie państwa. Dzięki wierze i Kościołowi Polska przetrwała ciężkie terminy (jakby napisał Sienkiewicz), będąc nie tylko ważną częścią wielkiej cywilizacji śródziemnomorskiej, ale również jej obrończynią. Konstytucja chciała budować państwo nowoczesne i sprawne, lecz chciała również posadowić je na najmocniejszym z fundamentów. Dlatego w artykule I stwierdzała z mocą, że „religią narodową panującą jest i będzie wiara święta rzymska katolicka ze wszystkiemi jej prawami”, zabronione zostało również porzucanie katolicyzmu. Paradoks – autorzy Konstytucji byli w znacznej liczbie masonami.

Wolność. To wartość w Polsce zakorzeniona od wieków i ceniona nade wszystko. Orędownicy wolności tak się jednak w jej obronie zapamiętali, że przesunęli jej granice za daleko. I tak złota polska wolność stała się zgubną anarchią. Twórcy Konstytucji wyraźnie widzieli związek wolności z polskością, napisali bowiem, że ktokolwiek „…tylko stanie nogą na ziemi Polskiej, wolnym jest zupełnie…”. Jednak mądrze stawiali różne granice wolności, z najważniejszą: prymatem dobra narodu i państwa nad prywatą. Takiej mądrości potrzeba również dzisiaj.

A jednak się nie udało…

Dlaczego mimo mądrości autorów Konstytucji, mimo olbrzymiego wyzwolonego przez nią zapału narodu, nie udało się Polski uratować? Jedną z najwcześniejszych i nieprzyjemnych dla nas odpowiedzi na to pytanie dał wspomniany już Clausewitz. Więc jeszcze jeden cytat z dzieła pruskiego generała: „…zagłada Polski wcale nie jest tak niepojęta, jak się wydaje. Czyż istotnie można było Polskę uważać za państwo europejskie, za jednolitą cząstkę europejskiej rzeczypospolitej państw? Nie! To było państwo tatarskie, które zamiast leżeć, jak Krymskie, nad Morzem Czarnym, na granicy świata państw europejskich, leżało między nimi, nad Wisłą. (…) Istotna zmiana tego stanu tatarskiego mogłaby być dziełem połowy czy też całego stulecia, gdyby przywódcy tego narodu chcieli tego. Sami oni jednak byli nazbyt Tatarami, aby życzyć sobie takiej zmiany. Ich rozwiązłe życie państwowe i niezmierzona lekkomyślność szły ręka w rękę i w ten sposób pędzili w przepaść”. Prusak oczywiście całkowicie obiektywny nie był, trzeba jednak przyznać, że dobrze scharakteryzował postawy magnatów, członków konfederacji targowickiej.

Tyle myśli zawartych w Konstytucji 3 maja jest aktualnych do dziś. Niech jako puenta posłuży jedna z nich:

„Wszyscy przeto obywatele są obrońcami całości i swobód narodowych”.