Dostałem pod choinkę niesamowitą grę planszową. Nazywa się „Wiek XXI” i przypomina nieco „Monopol”. Różnica polega na tym, że uczestnicy zdobywają wpływy nie gospodarcze, lecz geopolityczne. Przejmują nie banki czy stocznie, tylko państwa. Gra – jak piszą jej twórcy – uczy myślenia w kategoriach strategicznych, operacyjnych i państwowych. Im więcej osób bierze w niej udział, tym staje się ciekawsza. Każdy gracz bowiem jest przywódcą jakiegoś kraju lub bloku państw i wnosi dodatkowy element komplikacji.

Tak się złożyło, że w wyniku losowania zostałem prezydentem Rosji. Gra zaczęła się nieźle. Szybko zbudowałem swoją potęgę, która opierała się na surowcach naturalnych: ropie naftowej i gazie ziemnym. Dzięki temu miałem zapewnione strategiczne wpływy w Eurazji oraz pewien poziom dobrobytu w kraju, który gwarantuje stabilizację wewnętrzną.

Cały czas podsycałem konflikty na Bliskim Wschodzie. Każda wojna czy zamach stanu w tym regionie był mi na rękę. Dzięki temu rosły ceny surowców, ciągle wiązałem tam siły mojego głównego wroga, który grzązł w kolejnych konfliktach, a ja zarabiałem dodatkowo na handlu bronią dla walczących stron.

W pewnym momencie jednak karta jakby się odwróciła. Czasami w grze występuje bowiem element, którego nie da się przewidzieć, np. nowe odkrycie, które zmienia zupełnie geopolityczną mapę świata i czyni biednych bogatymi, a słabe dotąd państwa stają się regionalnymi mocarstwami. Gdyby nie ropa naftowa, inna byłaby pozycja Arabii Saudyjskiej czy Iranu.

Takim odkryciem w grze stało się opracowanie nowej metody wydobywania ropy i gazu z łupków osadowych. Okazało się, że jest to sposób niedrogi, wydajny i efektywny. Jeśli rozpowszechni się na świecie, zostanę bankrutem. Jakby tego było mało, pojawiła się też nowa konkurencja w postaci gazu skroplonego LNG. Moja sytuacja stała się więc niewesoła, gdyż własne złoża surowców się kończyły, przestarzała infrastruktura wymagała modernizacji, a eksploatacja była coraz bardziej kosztowna.

Rozwój wydarzeń działał na moją niekorzyść. Zaczął się wyścig z czasem. Uruchomiłem więc w całej Europie ruchy ekologiczne, które zaczęły protestować przeciw eksploatacji surowców z łupków. Ukrainie podstawiłem fałszywego inwestora, dzięki któremu udało się zahamować budowę terminalu na gaz LNG. To wszystko jednak było zbyt mało, gdyż spowalniało pewne procesy, ale ich nie odwracało.

Na szczęście twórcy gry przewidzieli dla różnych państw odmienne zestawy środków działań. W moim arsenale znalazły się takie instrumenty, jak rozbudowana agentura wpływu, wysadzanie w powietrze bloków mieszkalnych, trucie przeciwników politycznych radioaktywnym polonem czy organizowanie porwań i zamachów za granicami kraju.

Przypomniałem sobie napis na opakowaniu gry planszowej: „Jeśli nie możesz przeszkodzić jakiemuś procesowi, to przejmij nad nim kontrolę”. Zrozumiałem, że rozpoczyna się nowy etap gry, w którym stawką jest moje być albo nie być. Spojrzałem na mapę: największe w Europie złoża łupków odkryto w Polsce. Dokonałem przeglądu wszystkich swoich aktywów. Uruchomiłem wszystkich „śpiochów”. Nie mam innego wyjścia: muszę przejąć kontrolę nad Polską.