Cud jest elementem boskich public relations. Boży PR działa od przynajmniej miliona lat. Od momentu, kiedy na Ziemi pojawiło się sumienie i zrozumienie logiki dwuwartościowej przez dotychczasowe małpoludy. Tak sądzę. Andrzeju, to mit czy konfabulacja?

Poniższe wyznanie obiegło cały świat. Pochodzi z listu pewnego amerykańskiego żołnierza rannego w czasie wojny w Korei w 1950 r. Parę miesięcy później zostało odczytane przez kapelana, księdza Waltera Muldy, w obecności 5 tys. marines w bazie Marynarki Wojennej w San Diego w stanie Kalifornia. List zaczynał się dla nas, konsumentów mitów, obiecująco: „Kochana Mamo! Nie ośmieliłbym się o tym napisać do nikogo innego jak tylko do Ciebie, ponieważ nikt inny nie uwierzyłby w to, co zamierzam opisać”. Gdy żołnierz ten opuszczał dom, idąc na wojnę, matka przestrzegała go, aby każdego dnia modlił się do św. Michała Archanioła, swojego patrona i imiennika. „Wcale nie musiałaś mi o tym przypominać – pisze w liście. – Kiedy trafiłem do Korei, modliłem się nawet jeszcze więcej, tak jak mnie nauczyłaś: św. Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga… Resztę sama znasz”. Przyspieszmy i sięgnijmy do sedna ucieleśnionego mitu: „Pewnego razu wysłano nas na zwiad w poszukiwaniu komunistów. Było bardzo zimno. Z ust wychodziły nam kłęby pary, jakbyśmy palili cygara. Nagle obok mnie pojawił się jakiś żołnierz, którego nigdy wcześniej nie widziałem. Był większy od wszystkich marines, których kiedykolwiek spotkałem. Czułem się bezpiecznie, mając go u swojego boku. Zagadnąłem go: – Nigdy cię wcześniej nie widziałem. – Właśnie dopiero co dołączyłem – odrzekł. – Jestem Michał. – Coś takiego?! To tak jak ja. – Wiem – odparł i zaczął się modlić: św. Michale Archaniele, który w brzasku swego istnienia wybrałeś Boga… Byłem tak zaskoczony, że przez chwilę milczałem. Zastanawiałem się, skąd znał moje imię i modlitwę, której mnie nauczyłaś? Potem jednak uśmiechnąłem się: czyż nie recytowałem jej każdemu, kto tylko chciał jej słuchać? Nagle Michał przerwał milczenie: – Za chwilę będziemy mieli kłopoty. Z jego twarzy zniknął uśmiech. Pomyślałem sobie, że to żadna rewelacja, przecież wiadomo było, że wszędzie są komuniści. Zrobiło się ciemniej i pojawiła się mgła. Straciłem z oczu mego towarzysza broni. – Michał! – zawołałem przestraszony i poczułem jego mocną dłoń na plecach. – Wkrótce się przejaśni – zapewnił mnie donośnym głosem. Śnieg przestał sypać i wyszło słońce. Rozejrzałem się. Mało serce mi nie zamarło! Przed nami stało siedmiu komunistów w swoich śmiesznych kufajkach, spodniach i czapkach. Stali z karabinami wycelowanymi prosto w nas! – Michał, padnij! – krzyknąłem i runąłem na ziemię. Komuniści bez przerwy strzelali. Słyszałem, jak świstały kule. A Michał wciąż stał! Mamo, ci faceci nie mogli spudłować. Spodziewałem się, że ciało Michała podziurawią dosłownie jak sito. Ale on stał i nawet nie strzelał. Był jak ptak zahipnotyzowany przez węża. To się czasami zdarza nawet najdzielniejszym żołnierzom. Poderwałem się i powaliłem go. Wtedy poczułem ciepło w piersi. Zawsze chciałem wiedzieć, jak to jest, gdy się zostanie trafionym. Teraz już to wiem. Poczułem jeszcze silne ramiona, które mnie objęły i delikatnie położyły na ziemi. Otwarłem oczy, by jeszcze raz spojrzeć na świat. Byłem umierający. Być może promienie słoneczne mnie oślepiły albo po prostu byłem w szoku, ale wydaje mi się, że widziałem Michała wciąż stojącego, a jego twarz jaśniała niewypowiedzianym pięknem. Stawał się coraz większy. Jego ramiona jakby się rozrastały. Przypominał anioła. W dodatku w ręku trzymał miecz. Miecz, który rozbłysnął milionem świateł.

Nie mam pojęcia, jak długo byłem nieprzytomny. Teraz i wtedy nie czułem gorączki ani bólu. Kiedy podbiegli do mnie kompani, zapytałem: – Gdzie jest Michał? – Widziałem, jak się dziwili. – Kto? – spytał któryś z moich kumpli. – Michał, taki wielki żołnierz, który szedł obok mnie, zanim nas spotkała ta zamieć – powiedziałem. – Chłopcze – odparł sierżant. – Nikt nie szedł obok ciebie. Obserwowałem cię i właśnie miałem zawołać, gdy zniknąłeś mi we mgle. Spojrzał na mnie i łagodnie zapytał: – Jak tego dokonałeś, chłopcze? – Czego?! – spytałem trochę zły i zacząłem od nowa dociekać, gdzie jest Michał. – Jak tego dokonałeś, synu? Szedłeś sam. Słyszeliśmy strzały. To nie były strzały wystrzelone z twojego karabinu. Kul nie znaleźliśmy także w ciałach siedmiu zabitych tam na wzgórzu. – Patrzyłem na nich zdziwiony, tak samo jak oni patrzyli na mnie. – Chłopcze – powiedział delikatnie sierżant – każdy z tych siedmiu komunistów zginął od uderzenia mieczem”.

Świat dziwił się reakcji Reagana na kolejną falę komunistycznej agresji w latach 80. Zwolennicy Moskwy i zależna od niej lewica bluzgali: prymitywny prostak z Waszyngtonu widzi świat w czarno-białych barwach. Nazwał Związek Sowiecki Imperium Zła. A przecież Ronald Reagan powiedział prostą rzecz: komuniści to wyznawcy materii. My zaś wiemy, że wyznawanie czegokolwiek poza Bogiem kończy się zabijaniem. Wyznawcy mamony, prometejscy wyznawcy bóstwa Człowieka czy neopogańscy wyznawcy bóstwa demona. Komunizm, prometeizm, rewolucjonizm, jakkolwiek nazwiemy nowożytną filozofię buntu, to tylko zwykły lucyferyzm. Biały satanizm, oranżadka na strychninie, pączek z cykutą.