Co ciekawe, za nic mając fakty, narracja ta połączona jest z przedstawianiem dotychczasowych protestów Strajku Kobiet jako kontrprzykładu, dowodu, że manifestować można spokojnie i z godnością. Mają pełną świadomość, że mogą puścić każdą bzdurę, nieważne jak sprzeczną z rzeczywistością, w myśl, że kłamstwo powtarzane milion razy stanie się prawdą. Sypią się głosy oburzenia, jakim to prawem w ogóle ludzie wyszli na ulice w trakcie pandemii, skąd w nich taka agresja (oczywiście to wina PiS) etc. Prym oczywiście wiodą tu dokładnie ci sami dziennikarze i politycy, którzy jeszcze wczoraj wspierali zadymy i bagatelizowali akty przemocy dokonywane masowo podczas proaborcyjnych demonstracji. Warto jednak zwrócić tu uwagę na jedną cechę prawicy, która bardzo wyraźnie odróżnia ją od lewicy. Otóż jeśli chodzi o prawicowe reakcje na Marsz Niepodległości – właściwie nikt nie próbował bagatelizować przemocy zadymiarzy. Nikt nie usiłował tłumaczyć czy wspierać palantów, którzy zorganizowali rozróby.

Oburzenie było powszechne. Porównajmy to z reakcją lewicy czy totalnej opozycji na wydarzenia podczas Strajku Kobiet. Jeśli nawet pojawiały się głosy wzywające do zaprzestania ataków na kościoły, ich obrońców i wiernych, to motywowane były nie odrzuceniem przemocy, lecz praktyką polityczną. Bo uznano to po prostu za nieopłacalne.

Gdyby prawica chciała się zniżyć do poziomu PO, stwierdziłaby, że typ, który racą podpalił czyjeś mieszkanie, musiał się po prostu wyszumieć i miał prawo być wkurzony. Z jednej strony to nasza siła, że nie zniżamy się do tego poziomu. Z drugiej – także słabość, bo nie tylko PO wraz z dostawkami jest teraz w stanie ordynarnie łgać i fałszować rzeczywistość. Jednocześnie mruga okiem do swoich zwolenników, wyraźnie im przekazując – róbcie co chcecie. Prawica nie idzie tą drogą, tym samym ograniczając sama siebie. Niemniej jest to chyba słabość konieczna, bo przecież nie chcemy być jak oni?