To znaczy ja nie, i proszę nie wierzyć, kiedy ktoś mnie do tej krzątaniny zapisuje pod błahym pretekstem, że przyjąłem swojego czasu zaproszenie na spotkanie, które miało mieć charakter ściśle prywatny i apolityczny. Ja tę krzątaninę tylko obserwuję, z dużą dozą politowania.

Po prezydenckim marszu (nawiasem mówiąc, genialnie podsumował 11 listopada Wiktor Świetlik: kilkadziesiąt tysięcy rozwydrzonych wyrostków nie zdołało zakłócić triumfalnego przemarszu kilkudziesięciu polityków obserwowanych przez kilka tysięcy gapiów i ochranianych przez kilkanaście tysięcy policjantów) Janina Paradowska odnotowała, że złożenie przez Bronisława Komorowskiego kwiatów pod pomnikiem Dmowskiego w asyście Romana Giertycha i Aleksandra Halla „należy uznać za znaczący fakt polityczny”. Kto ją zna, wie, że takie słowa spod jej pióra należy czytać dosłownie: nie że to był znaczący fakt, ale właśnie że należy go za taki uznawać. Kilka dni później dawno nieobecny Adam Michnik zaskoczył swoich wyznawców odkryciem, że są też dobrzy endecy, i dobra część endeckiej tradycji, ta, która pomaszerowała z Komorowskim.

Mniej więcej w tym samym czasie zaczęli pojawiać się w różnych miejscach ludzie, których od dawna nie było. Najbardziej spektakularny przykład to objęcie szefostwa „odzyskanego” tygodnika „Uważam Rze” przez Jana Pińskiego. Piński, za czasów Piotra Farfała szef „Wiadomości” TVP, ostatnie lata miał bardzo trudne, na bezrobociu, gnębiony procesami. Jedyną osobą, która mu pomogła, był wspomniany już Giertych. Z kolei faktycznym szefem „Rzeczpospolitej” został dziennikarz, uznawany – wprawdzie tylko wedle plotek, ale uporczywych – za bliskiego ministrowi Sikorskiemu, którego przyjaźń z Giertychem jest wśród polityków uważana za oczywistą. To, że Giertych, do niedawna „faszysta”, odzyskał też dobrą prasę w innych salonowych przekaziorach, zauważył chyba każdy.

Jak widać, otwiera się koniunktura na „endecję”. Ale nie taką, której ja oddaję swoje serce, tę od Zet i Żołnierzy Wyklętych, tylko taką „rozsądną”, od Bolesława Piaseckiego i Jana Dobraczyńskiego. Zastępującą tradycję Dmowskiego tradycją Wielopolskiego juniora. Kto się ma ochotę załapać − jest szansa. Osobiście odradzam. Nie ze względu na przyzwoitość, bo w tej sprawie nikt rad nie potrzebuje, ale po prostu nie widzę przed tym nowym PRON żadnych szans. Jest w stanie porwać Polaków dokładnie w takim samym stopniu jak tamten z czasów Jaruzelskiego.

Owszem, tradycja narodowa odżywa. Ale wśród młodych, którzy sięgają po nią dlatego, że nie chcą żyć w kłamstwie. Dla nich oferta „budowania nowej siły pomiędzy PiS a PO” drogą gabinetowych kombinacji, wkręcania się i „podłączania”, jest tylko ofertą, jak to pewnie z właściwą młodości dosadnością określą, skurwienia się. Gdyby mieli ochotę to zrobić, poszliby do młodzieżówki PO wprost, a nie opłotkami. I tak jak tradycji narodowo-radykalnej lat 30. nie uważam za swoją, tak w tej sprawie doskonale się z wszechpolakami i narodowo-radykalnymi zgadzam.