Z dnia na dzień przybywa Polaków, którzy decydują się głośno mówić: nie pozwalam. Wobec dotychczasowej bierności i wycofania większości społeczeństwa to istotne novum. Żeby jednak presja na władzę miała sens, nie może ustawać. Dlatego tak istotne są kolejne demonstracje – także dlatego, że mogą się na nich policzyć obywatele zainteresowani Polską i zmianą rządów. To są już naprawdę pokaźne liczby.

Odpowiadając na pani reklamację dotyczącą przejazdu pociągiem nr 3100 EIC »Kościuszko« w dniu 26 października 2012 r., PKP Intercity SA. Zakład Centralny uprzejmie informuje, iż biorąc pod uwagę niedogodności, z jakimi spotkała się Pani podczas podróży, podjęto decyzję o obniżeniu o 25 proc. ceny biletu na przejazd w relacji Kraków Główny – Warszawa Centralna. Należność w kwocie 36,50 zostanie przesłana na adres podany w reklamacji”. List taki (oraz 36,50 zł) dostałam od PKP po mojej niedawnej podróży. Miałam wykupiony bilet pierwszej klasy. Niemal zaraz po wyruszeniu pociągu ze stacji w Krakowie w wagonie wysiadł prąd. Nie było światła, wkrótce okazało się, że awaria dotyczy także ogrzewania. Pasażerowie nie mogli przesiąść się do innych wagonów, bo wszystkie miejsca były zajęte. Ludzie jechali więc w ciemności i zimnie. Głównie milczeli. Bo co tu komentować? „Tak czy owak Sławek Nowak” – rzucił ktoś filozoficznie. Polskie koleje, jak przeczytali państwo wyżej, doszły do wniosku, że podróż nieogrzewanym i pozbawionym światła pociągiem to niedogodność obniżająca standard świadczonych usług w jednej czwartej – i tyle zdecydowały się zwrócić pasażerom za niefortunną podróż. Współczułam obsłudze – przepraszała i tłumaczyła się gęsto, choć wiadomo, że to nie jej wina. Pismo, które otrzymałam, poza przeprosinami zawierało na końcu słowa: „Zapewniamy, że poprzez sukcesywną modernizację taboru dążymy do zminimalizowania podobnych przypadków w przyszłości. Jednakże realizacja planów związanych z modernizacją i wymianą taboru jest procesem czasochłonnym i wymagającym znacznych środków finansowych”. Podpisano: Joanna Zakrzewska, dyrektor ds. handlowych.

Upokorzone państwo

Nie chciało mi się ani śmiać, ani płakać. To, co czułam, to chyba upokorzenie, że moje państwo na trasie Kraków–Warszawa nie jest w stanie zapewnić przejazdu koleją w godnych warunkach. I nie chodzi o to, że obok mnie w ciemnościach siedzieli zdezorientowani obcokrajowcy. Jechała ze mną kobieta z małym dzieckiem. Z wózkiem, walizkami, zabawkami. Jakim prawem zarządzający koleją narazili tę młodą Polkę i jej maleństwo na jazdę w ciemności i zimnie? Minister transportu stoczył właśnie histeryczną bitwę o to, by nie dopuścić kandydata PSL na stanowisko ministra infrastruktury. Rozdzierał szaty, zajęty swoją rządową karierą. A to właśnie przez niego i jego partię obsadzającą intratne stanowiska w spółkach kolejowych działaczami partyjnymi i znajomymi liderów ta dziewczyna z przestraszonym, maleńkim dzieckiem podróżowała w takich warunkach.

Niniejszym oświadczam, że zarabiam 59 tys. zł brutto miesięcznie na warunkach, na których zobowiązuje mnie kontrakt menedżerski. Przysługuje mi, przy wykonaniu celów, wynagrodzenie w wysokości 50 proc. dodatkowego rocznego wynagrodzenia – ogłosił kilka dni temu na komisji sejmowej prezes PKP SA Jakub Karnowski. Karierę zaczynał jako szef gabinetu politycznego Leszka Balcerowicza, gdy ten z ramienia Unii Wolności był wicepremierem i ministrem finansów w rządzie Jerzego Buzka. Zostając szefem PKP, Karnowski pierwszy raz w życiu miał do czynienia z zarządzaniem koleją. Na polecenie premiera minister Nowak przydzielił mu stanowisko wraz z gigantyczną pensją. To, że nie miał najmniejszego doświadczenia w tej dziedzinie, oceniono jako zaletę. Oburza nie tylko pensja, także metoda działania i skala tupetu władzy. Efekty obserwujemy co dnia.

Obywatelskie non possumus

Rozpadanie się państwa odbywa się na naszych oczach tu i teraz i dotyczy nie tylko kolei. Zapobieganie temu jest – jak wiemy z pisma PKP – „czasochłonne” i „wymaga znacznych środków finansowych”, więc nikt z rządzących się tym procesem zbytnio nie przejmuje. Bo co może zrobić zwykły Kowalski w zepsutym wagonie kolejowym czy pacjent zapisany w przychodni na podstawowe badania za kilkanaście miesięcy? Co może matka dziecka odsyłanego z Instytutu Matki i Dziecka lub innego specjalistycznego szpitala? Władza generalnie czuje, że – pomijając czas kolejnych wyborów – jest raczej bezkarna. Oprócz garstki niezależnych mediów i dziennikarzy czy delegitymizowanej wciąż przez główne tytuły prasowe opozycji nie ma nikogo, z kim musiałaby się liczyć. Nikogo, kto ma rzeczywiste narzędzia, by ją doraźnie dyscyplinować, powiedzieć: „Nie pozwalam! ”. Dlatego tak istotne znaczenie miały olbrzymie manifestacje, jakie w tym roku przeszły ulicami polskich miast. Warszawski marsz „Obudź się Polsko” czy wcześniejsza demonstracja w obronie telewizji Trwam i wolnych mediów zakłóciły bezczelny spokój władzy. To dlatego rządzący tak się przestraszyli. Dlatego tak deprecjonują teraz zapowiadaną na 13 grudnia demonstrację w obronie wolności. Gołym okiem widać, że z dnia na dzień rośnie grupa obywateli, która nie chce być bierna i bezradna. Polaków, którzy chcą głośno i dobitnie mówić: „Nie pozwalam!”. Wbrew pozorom ekipa Tuska liczy się z tym bardziej, niż sądzimy.

Projekty na wiosnę

Jak wiemy, spacyfikowane i kontrolowane przez rządzących media nie są w stanie wywrzeć na rządzących żadnej poważnej presji. Ale zniszczenie tygodnika „Uważam Rze”, pisma będącego w czołówce sprzedających się i czytanych periodyków, pokazuje, że przestraszona władza nie może już tolerować tego rodzaju wentylu bezpieczeństwa dla opozycyjnych wobec niej poglądów. Nagła i błyskawicznie przeprowadzona pacyfikacja Presspubliki zdradzać może jednak nie tylko zwykły strach przed niekontrolowanym, niezależnym przekazem. Może oznaczać, że rządzący przygotowują nowe projekty polityczne. Jeden z nich, rozpatrywany jako ewentualny, zależny od rozwoju sytuacji, to wcześniejsze wybory przeprowadzone wiosną. Sondaże nie dają rządowi Tuska wielkich nadziei – po zahamowaniu trendu spadkowego histerią strachu, jaką rząd i jego propagandyści kreowali przez ostatnie tygodnie, słupki znów się wyrównały. Przewaga PO nad PiS stopniała i raczej jasne jest, że nie można liczyć na trwałe odzyskanie przez rząd Tuska dużej przewagi nad opozycją. Nie bardzo też wiadomo, jak długo uda się utrzymać poparcie pozwalające na zdobycie tylu mandatów, by partie systemu, czyli PO do spółki z Ruchem Palikota, PSL i SLD, utrzymały władzę. PO musi więc poważnie rozpatrywać scenariusz ucieczki do przodu – a do tego planu potrzebne są całkowicie spacyfikowane media. Być może właśnie kalendarzem wyborczym zaprogramowanym w kancelarii premiera tłumaczyć można nocne ustalenia rzecznika rządu Pawła Grasia z właścicielem wydawnictwa Grzegorzem Hajdarowiczem i późniejsze decyzje tego ostatniego. W krótkim czasie nie tylko pozbył się on niepokornego zespołu, ale też zmienił zdanie co do przyszłości tytułu. Początkowo wyraził zgodę na sprzedaż tygodnika Pawłowi Lisickiemu, ale szybko wycofał się z tej decyzji, a zamiast tego odwołał naczelnego ze stanowiska. Tak jakby nagle uznał, że tytuł „Uważam Rze” jest mu do czegoś potrzebny. Pewnie nie bardzo się pomylimy podejrzewając, że niemały udział może w tym mieć jego kolega ze studiów, a dziś rzecznik rządu.

Ruch Palikota bis

Powierzenie tygodnika „Uważam Rze” zaprzyjaźnionemu z Romanem Giertychem Janowi Pińskiemu może bowiem zdradzać także inny plan, o którego istnieniu już kilka razy w ciągu ostatnich miesięcy pisałam. Po sukcesie ze spacyfikowaniem SLD Platforma, dzięki wykreowaniu Janusza Palikota, nie musi się obawiać, że na lewicy wyrośnie jej jakiś rywal. Rozbita i podzielona lewica nie ma dziś znaczenia. Ruch Palikota skutecznie ją neutralizuje, będąc jednocześnie całkowicie lojalny w kluczowych sprawach wobec Tuska. Podobny scenariusz marzy się Platformie po prawej stronie. Kreowanie przez Bronisława Komorowskiego „nowoczesnej endecji” w osobach Michała Kamińskiego czy Romana Giertycha, żałośnie odgrywających swoje role, albo oddanie łamów popularnego dotąd tygodnika środowiskom dawnego „Libertasa”, to nic innego jak próba wykreowania „swojej” prawicy. Najbardziej czytelny sygnał przekazał tu chyba Adam Michnik: narodowa demokracja jest cool. Do tego mniej więcej sprowadza się to, co napisał niedawno naczelny „Wyborczej”. W walce z PiS‑em salon III RP nie zawaha się kreować wszechpolaków i dawnej LPR na zbawienny obóz prawicowy. Zapewne słusznie – realną alternatywą dla rządów PO taka prawica stać się nie może.

Pomysł dla PSL

Takie zabiegi o wykreowanie prawicowego ruchu à la Palikot mogą zbiec się z palącą potrzebą znalezienia sposobu na wyjście z niskiego poziomu poparcia, z jakim zmaga się PSL po latach koalicji z PO. Nowy prezes ludowców zdaje się dobrze czytać nastroje społeczne – krytykuje głośno nepotyzm i chamstwo w polityce, próbując nawiązywać do haseł wspólnotowych i patriotycznych. Widać wyraźnie, że to właśnie PiS odebrał ludowcom na wsi najwięcej głosów, także on jest dziś głównym rywalem PSL także w małych miasteczkach o raczej konserwatywnym elektoracie. Być może więc próba skonstruowania nowego ugrupowania, które ma odebrać PiS‑owi szansę powrotu do władzy, będzie się opierała także na ludowcach. Nie jest nowa idea – pojawiały się już pomysły, by niektórzy, w przeszłości prawicowi politycy startowali do europarlamentu z list PSL.

Bez względu na to, na ile są to realne projekty, jedno wydaje się pewne – żywotne interesy zarówno PO, jak i PSL są dziś po prawej stronie. Sympatykom PiS pozostaje mieć nadzieję, że zwolennicy tej partii są bardziej świadomymi wyborcami niż elektorat lewicowy i na żadne wydmuszki à la Ruch Palikota nadal nie dadzą się nabrać. A kusić ich będą w najbliższych miesiącach przy każdej okazji.