USA zagraża tzw. klif fiskalny. Termin ten stosuje się do sytuacji, gdy jednocześnie nastąpi podwyżka podatków i radykalne cięcia wydatków rządowych. Nagły wzrost obciążeń podatkowych wraz z wygaśnięciem dotychczasowych ulg może być tak drastycznym szokiem dla firm i obywateli, że USA popadnie w recesję

Sprawę klifu fiskalnego można było załatwić już w połowie 2011 r., kiedy toczyły się negocjacje pomiędzy kontrolującymi Izbę Reprezentantów Republikanami a prezydentem Barackiem Obamą. Kompromis był wtedy w zasięgu ręki – Republikanie godzili się na zwiększenie dochodów podatkowych w zamian za obietnicę poważnych cięć w wydatkach socjalnych. Ale wówczas prezydent się zawahał – dla dobra swojej kampanii reelekcyjnej nie zdobył się na niepopularne cięcia przywilejów socjalnych. W rezultacie – jak to często bywa w świecie polityki – obie strony odłożyły sprawę na potem. Kongres zwiększył tymczasowo próg zadłużenia rządu (o co występował Biały Dom) pod warunkiem znalezienia sposobu na ograniczenie deficytu.

Dlatego zaplanowano także cięcia wydatków rządu federalnego w wysokości 1,2 tys. mld dol. w ciągu najbliższych dziesięciu lat. Na 2013 r. przewidziano zmniejszenie wydatków o 103 mld dol., z tego aż 55 mld dol. mniej ma być przeznaczone na siły zbrojne. Problem tylko w tym, że Obama chce dziś naruszyć warunki umowy z Kongresem i znowu podwyższyć próg zadłużenia rządu. Jeśli Republikanie na to nie przystaną, będą odpowiedzialni za przyjęcie klifu fiskalnego.

Republikanie pod ścianą

Prezydent Obama, zgodnie ze swoim dążeniem, został wybrany na drugą kadencję. Z punktu widzenia osiągnięcia postawionego sobie celu postąpił więc słusznie, nie podejmując się cięcia przywilejów socjalnych. – Jednym z głównych punktów jego programu wyborczego było podwyższenie podatków „dla najbogatszych“. Chodzi o 2 proc. podatników zarabiających powyżej 250 tys. dol. rocznie, którzy zamiast dotychczasowej stawki 35 proc. podatku, mieliby zapłacić 39,5 proc. Teraz, po wyborach, Obama podbił stawkę. Uważa, że skoro wygrał, powinien dostać, czego chce.

Oprócz wyższych progów dla „bogaczy“ (choć to mylące określenie, bo pod te progi podpadają np. właściciele small biznesu), chce jeszcze, aby Kongres pozwolił jego administracji bez końca się zadłużać. Obecnie Kongres musi zatwierdzać kolejne pułapy dopuszczalnego długu. Obecny, w wysokości 16,39 tys. mld dol., zostanie osiągnięty w lutym lub marcu. Jeśli Kongres nie zgodzi się na zwiększenie możliwości zadłużania się, rząd de facto przestanie działać, a gospodarka drastycznie zwolni. Oprócz oczywistego celu, jakim jest realizacja własnego pomysłu na rządzenie, Obama chce osiągnąć jeszcze jeden cel: chce postawić Republikanów pod ścianą. Albo zgodzą się na jego warunki, albo zostaną uznani za winnych możliwej recesji i wzrostu bezrobocia w USA.

W ostatnich tygodniach Biały Dom mocno pracuje nad opinią publiczną i wielkim biznesem, aby wzmocnić presję na Republikanów, którzy jak na razie nie są skłonni do tańczenia tak, jak zagra im prezydent Obama.

Pułapka Obamy

Partia Republikańska to zbiór wielu grup, które łączy jedno spoiwo: od blisko 30 lat Republikanie w Kongresie nie przegłosowali podwyżki podatków. Ostatni republikański prezydent, który złamał obietnicę „żadnych nowych podatków“, to George W.H. Bush, który przypłacił to utratą stanowiska po upływie jednej kadencji. Dla wielu Republikanów głos za propozycjami Obamy to akt samozniszczenia partii i odejścia od jej fundamentalnych zasad – ograniczonych kompetencji rządu, niskich podatków i swobody gospodarczej.

To bitwa o duszę i przyszłość Partii Republikańskiej“ – krzyczą jedni. „Nie przesadzajmy, trzeba się dogadać, choćby krótkoterminowo i pojechać z czystym sumieniem na przerwę świąteczną“ – mówią inni, bardziej umiarkowani kongresmeni. Przewodniczący Izby Reprezentantów John Boehner niczym pokerzysta zagrywa w negocjacjach utrzymując, że „podwyżki progów nie wchodzą w grę“, ale jednocześnie oferuje 800 mld dol. (w ciągu dekady) dodatkowych dochodów do budżetu pochodzących z pozbycia się ulg i odpisów.

Oferta Boehnera rozwścieczyła konserwatystów w Partii Republikańskiej, którzy uważają, że to propozycja nierealna i de facto oznaczająca zgodę na wyższe podatki. „Oferta Boehnera podwyższenia podatków o 800 mld dol. zniszczy rynek pracy i pozwoli politykom wydawać jeszcze więcej“ – napisał na Twitterze senator Jim DeMint, uważany wśród Republikanów za głównego lidera Tea Party. A to już nie przelewki – jeśli Boehner zgodzi się na podwyżkę podatków (może to przeprowadzić z Demokratami z Izby Reprezentantów), grozi mu bunt konserwatystów. A wtedy? Katastrofiści przewidują, że Partia Republikańska może się podzielić. Konserwatywni radiowcy jak Mark Levin czy Rush Limbaugh otwarcie krytykują „biurokratów“ Partii Republikańskiej, sugerując porzucenie obecnego sztandaru i utworzenie nowej platformy wyborczej wraz z aktywistami Tea Party. Mniej gorące głowy mówią, że będzie jak zwykle – strony dogadają się w ostatniej chwili, znajdą „zgniły“ kompromis na kilka miesięcy, odkładając – jak to zwykle bywa – całościowe załatwienie problemu „na potem“. Jakkolwiek by było, w okolicach Nowego Roku dowiemy się, jak Partia Republikańska wyjdzie z pułapki zastawionej na jej polityków przez prezydenta Obamę.