Niewiele widziałem ostatnio przedstawień tak interesujących, jak posiedzenie komisji w sprawie TNT (co się tłumaczy na: „To Nie Trotyl!”). Jeśli coś miałoby się z nim równać, to może późniejszy występ posła Kalisza, który siłą swojego głosu postanowił zagłuszyć trotylowe dylematy problemem kreowanym na fundamentalny – czy agent Tomek zachował się profesjonalnie, dając się sfotografować przed laty bez koszuli jakiemuś kumplowi. Zastanawia mnie tylko, dlaczego poseł Kalisz zajmuje się tym problemem, najwyraźniej niepomny własnych fotek z Parad Równości, z pewnością bardziej smakowitych niż te posła Kaczmarka? Być może dlatego, że Tomasz Kaczmarek zaczął wspominać o praniu pieniędzy przez znajomego Jolanty Kwaśniewskiej. Wiadomo, co za dużo, to niezdrowo, ani Kalisz, ani TVN tak tego nie zostawią. Ręka podniesiona na Jolantę Kwaśniewską będzie odrąbana.

Choć w pewnych sprawach, jak w wypadku Marty Kaczyńskiej, władza nasza jest nieustępliwa i sroga, to w innych okazuje się coraz bardziej miłosierna. Postanowiła już nawet uznać, że niektóre rodziny smoleńskie mają prawo do bólu i dochodzenia do prawdy. Dokładniej, chodzi o jedną rodzinę – w osobie Pawła Deresza. Zrozpaczony Deresz nie przestaje dociekać prawdy o zbrodni smoleńskiej, stawiając się w programie red. Morozowskiego. Zażądał publicznie: – Chcę, żeby pan Kaczyński odpowiedział mi na pytanie: „Kto zamordował moją żonę. Kawa na ławę, nie możemy już bawić się w ciuciubabkę”.

Słusznie, panie Deresz, trzeba w końcu przycisnąć głównego odpowiedzialnego za organizację lotu do Smoleńska. Jak wiadomo, to Jarosław Kaczyński nadzorował BOR i 36. pułk lotniczy. To on przydzielał samoloty i wysyłał swoich ludzi do Moskwy na rozmowy w restauracjach. To również on zatrudnił w MSZ-ecie agenta Turowskiego, by ten zajął się odpowiednią obsługą wizyty w Katyniu. No i pozostaje sprawa tego telefonu, tej rozmowy, podczas której Jarosław Kaczyński kazał bratu lądować. Dziwna sprawa zresztą z tym nagraniem. Niby wszyscy je mają, lecz z jakichś nieznanych psychologii przyczyn go nie ujawniają. I Kora się domagała, i Wałęsa groził, że jak się Putina nie przestanie denerwować, to ujawni. I Kuczyński wspomina, że krążą o nich pogłoski. I anonimowi internauci, którzy wspominają o białoruskich zapisach przechwyconych w tajemny sposób, jak rozumiem nad Krajem Ałtajskim. I Duńczycy, i Amerykanie, i właściwie wszyscy te zapisy mają i nic! No, nic! Nikt ozorem nie chlapnie. Przypadek nieznany w historii.