W filmie „Obywatel Piszczyk” główny bohater znajduje zatrudnienie jako ankieter nastrojów społecznych. Żeby komunistyczna władza była zadowolona z rezultatów, sam wypełnia ankiety. Raz wciela się w kolejarza, innym razem w sklepową. Jako górnik pisze: „Czarno to wszystko widzę. Bo kiedy naród nie boi się ani Boga, ani Stalina, to powstaje pustka anarchistyczna. Teraz wiadomo naukowo, jak trzeba rządzić. A kto jest nieuk i się sprzeciwia, niech idzie do więzienia”.

Dziś, w kulturze minimalizmu, głównym miernikiem nastrojów społecznych są sondaże wyborcze. Notowania obecnej władzy okresowo się wahają, jednak nigdy nie schodzą poniżej bezpiecznego poziomu. Niby wszystko jest pod kontrolą, ale estetyczny niedosyt pozostaje. Słupki poparcia to przecież nie to samo, co kwieciste wypowiedzi kolejarzy, górników i sklepowych.

Tę lukę wypełniają SMS-y i telefony do TVN-owskiego „Szkła kontaktowego” oraz listy do „Gazety Wyborczej”. Z komentarzy widzów i czytelników możemy się dowiedzieć, że mamy świetny rząd i obciachową bądź chorą z nienawiści opozycję, ale zdarzają się bardziej skomplikowane konstrukcje intelektualne. Przeglądając internet, natknąłem się niedawno na niezwykle interesujący list, opublikowany ponoć w „Gazecie Wyborczej”. Andrzej M. z Torunia zwraca w nim uwagę na niestosowność formuł: „toruński kościół”, „krakowski terrorysta” i „gdański poeta” (chodzi o mnie). Jak dowodzi, tworzenie zbitek słownych opartych na kryterium terytorialnym jest krzywdzące dla mieszkańców Torunia, Krakowa i Gdańska, którzy nie mają nic wspólnego z „obskurantyzmem”. Aby uzmysłowić redakcji skalę problemu, pan Andrzej buduje analogię z popularnym w zachodnich mediach określeniem „polskie obozy koncentracyjne”. Kto czuje się obrażany tym terminem, nie powinien stygmatyzować polskich miast jako ośrodków ciemnogrodu.

To nobilitujące dla poety – być autorem wierszy, których toksyczna siła da się porównać z grozą krematoryjnych pieców. Zgodzę się jednak, że dla miasta i jego oświeconych mieszkańców taki poeta nie jest szczególnym powodem do dumy. Nie dziwi mnie więc fakt, że w świeżo wydanej „Encyklopedii Gdańska” wśród 4 tys. haseł zabrakło miejsca na mój skromny biogram. Wprawdzie przez długie lata rodzinne miasto obchodziło się ze mną jak z jajkiem, stawiało na świeczniku obok Pawła Huelle i Stefana Chwina, w 2003 r. dostałem nawet Nagrodę Artusa za „gdańską książkę roku” – ale to było dawno i nieprawda. Najwyraźniej teraz – parafrazując pewien donos z epoki socrealizmu – uchodzę za wściekłego psa poezji tyrtejskiej, świadomego prowokatora, piewcę obskurnego średniowiecza, herolda imperializmu i chwalcę faszyzmu. A ponieważ wściekły pies może ugryźć śmiertelnie, należy go izolować od zdrowej trójmiejskiej kultury.

Wbrew pozorom nie piszę tego ze względu na urażoną ambicję. Niespecjalnie cenię dawne i współczesne „mitologie” Gdańska, a z obecnymi „elitami” tego miasta nie chcę mieć nic wspólnego. Szczerze mówiąc, znalezienie się w encyklopedii, której jako przewodniczący „honorowego komitetu” patronuje Bronisław Komorowski, byłoby dla mnie doświadczeniem uwłaczającym. Na moim przykładzie widać jednak wyraźnie, w jaki sposób tworzy się współczesna cenzura. Skoro poetę powszechnie kojarzonego z Gdańskiem można potraktować w oficjalnym miejskim kompendium tak, jakby nigdy nie istniał, to znaczy, że w kulturze III RP kończy się epoka dążenia do obiektywizacji, choćby nieudolnego, pełnego ideologicznych etykietek. Jesteśmy coraz bliżej socrealistycznych standardów. Oczywiście głęboko uzasadnionych „naukowo”.

Niestety, wymazywanie nazwisk i dorobku twórców z oficjalnej kultury III RP to tylko pierwszy stopień cenzury. Niezależny obieg jest już tak silny, że daje swoim uczestnikom oparcie. Prawdziwe schody zaczną się, jeśli władzy uda się wprowadzić prawny zakaz „mowy nienawiści”. Podejrzewam, że znajdzie się wielu widzów TVN 24 i czytelników „Gazety Wyborczej”, którzy napiszą spontaniczne listy do redakcji: „Teraz wiadomo naukowo, jak trzeba mówić i pisać. A kto jest nieuk i się sprzeciwia, niech idzie do więzienia”.