Kiedy Michał Boni kilka dniu temu rozpoczął kampanię przeciwko tzw. mowie nienawiści, można było mieć wrażenie, że chodzi po prostu o kolejną zagrywkę piarowską Platformy, a do nich zdążyliśmy już się przyzwyczaić. Kolejne wypowiedzi ministra administracji i cyfryzacji zaczęły jednak nasuwać podejrzenia, że rząd wiązał z nią poważniejsze zamiary. Wydaje się jednak, że fachowcy Tuska źle ocenili nastroje społeczne i kampania spali na panewce.

Sporo wątpliwości budzi kontekst ogłoszenia akcji, bo przecież wiadomo, że nie na same słowa polityków należy zwracać uwagę, lecz na faktyczne działania. Pierwsze interpretacje łączyły kuriozalny pomysł Boniego z wystąpieniem reżysera Grzegorza Brauna, który trzy miesiące temu mówił na kameralnym spotkaniu o konieczności wymierzenia w przyszłości sprawiedliwości tym, którzy jego zdaniem przyczyniają się do odbierania Polsce niepodległości, a do których zaliczył również dziennikarzy „Gazety Wyborczej”. Niefortunne słowa Brauna o karze śmierci dla „zdrajców” nagłośniła w ogromnym, dwustronicowym artykule sama „Wyborcza”. Dlaczego zrobiła to dopiero po upływie wielu tygodni? Czyżby, jak w wypadku afery Rywina, tak długo „prowadziła dziennikarskie śledztwo”? Chyba nie, skoro wypowiedź reżysera „Towarzysza Generała” była od dawna dostępna w internecie.

Fobia czy strategia?

Artykuł „Wyborczej” stał się zatem raczej wygodnym pretekstem dla ogłoszenia przez Boniego stanu zagrożenia „mową nienawiści”. Co jednak zaskakujące, wykorzystał on tę okazję do zaatakowania Kościoła. Minister ogłosił bowiem, że „mowa nienawiści” występuje „podczas niedzielnych kazań w wielu kościołach, gdzie padają słowa deprecjonujące, i to w sposób poza normą, polski rząd”. Zdefiniował zresztą przy okazji proste kryterium, które ma być stosowane przy decydowaniu, co ma być zaliczane do „mowy nienawiści”: negatywna ocena polityki władz.

Boni nie był jednakże w stanie przytoczyć ani jednego konkretnego przykładu „nienawistnego” kazania, zatem atak na Kościół wydaje się całkowicie niesprowokowany.

Można go więc uznać raczej za kolejny krok w antykatolickiej ofensywie rządu, rozpoczętej półtora roku temu przez Donalda Tuska słowami o „nieklękaniu przed księżmi”. Przyczyny tejże ofensywy nie do końca są jasne, choć można podejrzewać, że główną była nienawiść i obawa wobec Radia Maryja.

Jak wiadomo - nastąpiły po niej uderzenia w postaci wezwania do rozwiązania Funduszu Kościelnego i otwarcie drogi do wyprowadzenia religii ze szkół przez Ministerstwo Edukacji.

Człowiekiem wyznaczonym do walki na tym polu został właśnie Michał Boni, który zaczął napastliwie, w duchu przypominającym Palikota, wypowiadać się głównie w kwestiach jego finansowania Kościoła. Obecny atak można zatem uznać za nowy etap rozgrywki Platformy przeciwko Kościołowi.

Łapać złodzieja

Najbardziej paradoksalne w pomyśle rządu jest jednak to, kto go ogłasza. Bo przecież to właśnie Platforma Obywatelska pod przywództwem Donalda Tuska buduje swoją pozycję na polskiej scenie politycznej od 2005 r., przede wszystkim poprzez wzniecanie agresji. To właśnie rząd PO posługuje się na co dzień negatywnymi emocjami wobec opozycji, szczególnie gdy trzeba przykryć jakieś niepowodzenia. Atak jest głównym sposobem obrony. Wystarczy przypomnieć szereg wystąpień jego czołowych ministrów – Sikorskiego, Rostowskiego czy Grasia, na czele oczywiście z samym premierem – którzy wielokrotnie, z trybuny sejmowej i w wypowiedziach medialnych, wyszydzali, obrażali i prowokowali Prawo i Sprawiedliwość.

Zresztą nic lepiej nie obrazuje rzeczywistej sytuacji niż fakt, że czołowymi medialnymi frontmenami Platforma uczyniła ludzi, których głównym zajęciem jest właśnie wzbudzanie nienawiści. Wszak przez lata jedną z twarzy PO był Janusz Palikot, zresztą wciąż do znudzenia lansowany przez „GW” w ogromnych tekstach, gdy jednocześnie na sąsiednich stronach gazeta Adama Michnika „walczy z nienawiścią”. A Stefan Niesiołowski jest nadal równie intensywnie promowany w prorządowych mediach, choć jego wypowiedzi są przecież wzorcowymi przykładami „mowy nienawiści”.

Jest jednak oczywiste, że nie o nich chodzi w kampanii ministra administracji. Wskazał on już jasno, kto ma być celem ataku: „Politycy nie powinni dawać złych przykładów, czyli używać mowy nienawiści – powiedział. – Lider najważniejszej opozycyjnej partii politycznej publicznie poparł herszta grupy kiboli, a wiadomo, jakie hasła oni wznoszą.

Czyż po tej wypowiedzi ktokolwiek może jeszcze mieć wątpliwości, jaki jest faktyczny cel akcji? Z jednej strony Boni już wydaje wyrok na Jarosława Kaczyńskiego, o którym wiele można powiedzieć, ale na pewno nie to, że nadużywa w swoich wystąpieniach emocji. Z drugiej natomiast przewodniczący Klubu Parlamentarnego PO Rafał Grupiński z góry wyłącza Stefana Niesiołowskiego spod kategorii „mowy nienawiści”, mówiąc, że „używa on mocnych słów, ale jednak nie przekracza granic”.

Polacy, nic się nie stało

Mamy zatem do czynienia z kolejną prostacką akcją polityczną, szytą równie grubymi nićmi jak sprawa „Agrobombera”. Oczywiście działacze Platformy, korzystając z posiadanego aparatu władzy i kontroli nad mediami, mogą taką kampanię nadal prowadzić. Czy jednak przykryją nią nadchodzące załamanie gospodarcze, najdroższe leki w UE, zamknięcie 4600 szkół i najbardziej szokujące, wręcz dramatyczne, zaprzestanie od listopada leczenia przez szpitale ciężko chorych dzieci?!

Sprawdzona od 7 lat strategia Tuska, sprowadzająca się właśnie do budzenia nienawiści wobec PiS, chyba właśnie przestaje działać. Widać to choćby w sondażach. Wprawdzie władza zawsze może sięgnąć i sięga po argument „Wszystkiemu winien Kaczyński”, jednak z roku na rok staje się on coraz mniej przekonujący.

A w wypadku obecnej kampanii Boni wydaje się mieć w dodatku potężnego pecha. Platformie wydawało się bowiem, że przeprowadza koronkową akcję, przygotowując od miesiąca grunt pod postawienie opozycji przed „trybunałem mowy nienawiści”. Kampania miała zapewne wpisać się w ciąg wydarzeń, rozpoczęty sprowokowanymi przez funkcjonariuszy służb starciami 11 listopada, poprzez schwytanie krakowskiego „terrorysty” i ukoronowany tekstem oskarżającym prawicę o chęć zabijania dziennikarzy.

Planujący kampanię nie przewidzieli jednak wszystkiego. Choćby tego, że akurat teraz przypomni o swoim istnieniu Jerzy Urban. Jeden z ojców-założycieli mediów III RP, twórca standardów dziennikarstwa w „Nie”, promieniujących też na inne media, choćby na kierowane przez zaprzyjaźnionych z nim Adama Michnika i Mariusza Waltera. W wyjątkowo wulgarny, nawet jak na niego, sposób zaatakował bowiem Rafała Ziemkiewicza, który właśnie stracił pracę w „Uważam Rze”, odchodząc w geście solidarności z wyrzuconym redaktorem naczelnym. Nie sposób tu przytaczać tego ordynarnego tekstu – poziom agresji i wulgaryzmów przekroczył wszelkie granice. Można jednak powiedzieć, że Urban w dobrym momencie przypomniał Boniemu i jego medialnym sojusznikom ich korzenie i być może skutecznie podciął ideologiczne założenia kampanii. W końcu to ten sam Urban, którego zaprasza się do salonowych mediów, od Tok FM po Polsat, by mógł w nich wspierać rządy PO, co zresztą skwapliwie czyni.