Jeszcze kilka miesięcy temu mieliśmy przecież prawdziwą histerię o to, że w Polsce giną wolne sądy, umiera praworządność, wprowadzany jest faszyzm, że kolejne reformy PiS (skądinąd przybliżające nas właśnie do standardów Zachodu, jeśli chodzi o sądownictwo) doprowadzą do upadku demokracji. Mieliśmy więc wzmożenie moralne, patetyczne odezwy kolejnych instytucji UE, które z coraz większym zafrasowaniem przyglądały się Polsce i straszyły, że jeśli nie zostaną przywrócone poprzednie patologie, to Unia w końcu będzie musiała podjąć „poważne” kroki. Oczywiście Bruksela z Berlinem mogły się w ten sposób zachowywać dzięki wydatnej pomocy naszej opozycji, zawsze im wiernej. Minęło jednak kilka miesięcy i nagle cicho-sza. Już nie ma wolnych sądów, praworządność gdzieś się schowała. Za to dziś Polska jest wrogiem wszystkiego co piękne z powodu LGBT i niezgody PiS na coraz durniejsze nowinki lewackie z krainy najgłębszego absurdu. I co ciekawe, w tym teatrzyku piętnowania zła PiS role są rozpisane dokładnie tak samo.

Przeciw strasznemu Kaczyńskiemu, który nie zgadza się na światły postęp, występuje z jednej strony zafrasowana Unia, która już, zaraz, za sekundę podejmie stanowcze kroki, z drugiej zaś opozycja, która permanentnie donosi na własny kraj i z nadzieją czeka, aż Bruksela rzeczywiście zacznie szkodzić Polsce. I sam fakt tego, jak łatwo obaj wspomniani aktorzy z równym zapałem i taką samą histerią, patosem i groteską odgrywają zupełnie różne role, świadczy o tym, że nie o żadne idee tu chodzi. Tylko o odzyskanie wpływów i władzy, którą przez PiS utracili. A teraz ruchy LGBT, z całą swoją agresją, bełkotem o nowym nazizmie i z coraz bardziej absurdalnymi hasłami, które mogą właściwie znaczyć wszystko, okazują się idealnym do tego narzędziem.