„Pokłosie” – film toporny, prostacki, szmirę pośredniego gatunku – od razu okrzyknięto dziełem „ważnym” i „odkrywczym”. Trudno się dziwić – jest typowym elementem promowanej przez mainstream pedagogiki wstydu. Nadto dobrze trafia w gusta przedstawicieli „nadwiślańskich elit”, które wobec polskości i chrześcijaństwa na co dzień z trudem tłumią niechęć i pogardę.

Franciszek Kalina w latach 80. wyjeżdża za chlebem do Stanów Zjednoczonych. Sfrustrowany niskim statusem społecznym nienawidzi Żydów, którzy w USA mają być właścicielami budowlanego biznesu i nie lubią Polaków, zarzucając im m.in. wydawanie Żydów w czasie okupacji.

W pewnej chwili do USA przyjeżdża bratowa Franka z dziećmi, która weszła w konflikt z mężem, młodszym bratem bohatera, Józefem (w tej roli Maciej Stuhr). On sam pozostał na rodzinnym gospodarstwie we wsi Gurówka w Białostockiem. Sprawa jest bardzo dziwna: kobieta ewidentnie uciekła z kraju i nie mówi, dlaczego. Franek postanawia pojechać do Polski i zaradzić rodzinnym nieporozumieniom.

Intryga

Dociera do rodzinnej Gurówki i niemal natychmiast zostaje wplątany w wydarzenia stanowiące pokłosie mrocznych spraw z czasów okupacji. Mnożą się szykany i napady bandytów, których duchowym przywódcą jest młody ksiądz Janusz Pawlak.

Wtedy okazuje się, że jakiś czas temu, pod wpływem tajemniczego impulsu, Józef Kalina zaczął zbierać na rodzinnym polu żydowskie macewy ze zlikwidowanego przez Niemców cmentarza. Większość zabrał z leśnej drogi, inne wykupił od Polaków, którzy używali ich np. w wychodku. Duży ich zbiór miał jeszcze tkwić jako bruk na terenie parafii.

To właśnie zainteresowanie sprawami żydowskimi spotkało się z wrogością lokalnej społeczności, po stronie której stanęła także żona Józefa Kaliny. Kobieta uciekła od męża do Ameryki.

Widząc determinację brata, Franciszek Kalina decyduje się na udzielenie mu pomocy w zabraniu macew z dziedzińca parafii. Ma nadzieję, że ten krok zakończy jego szaleńcze działania. Operacja się udaje, lecz nie bez komplikacji. Na koniec omal nie dochodzi do linczu Kalinów przez lokalną ludność, któremu zapobiega sędziwy proboszcz, przełożony ks. Janusza.

Równolegle z wątkiem płyt toczy się wątek pożyczki z banku. Koniec końców Franciszek Kalina dowiaduje się, że rodzinny majątek nie był ich odwieczną ojcowizną, tylko dużym majątkiem pożydowskim przejętym jeszcze w czasie okupacji. To samo dotyczy sąsiadów i przywódców wrogo nastawionej wsi: wszyscy boją się, że ktoś zechce im odebrać pożydowski majątek.

Fabuła powoli zbliża się do kluczowego dla filmu pytania: co się stało z lokalnymi Żydami? Do 1941 r. we wsi mieszkało 26 rodzin żydowskich, w sumie około 120 osób. W końcu bracia odnajdują mogiłę zamordowanych Żydów w ruinach swojego rodzinnego, przedwojennego domu. W nocnej scenerii horroru znajdują pierwsze szkielety. Kiedy nad ranem bracia po zakończeniu rozkopywania mogiły siedzą na jej brzegu obok stosu kości, pojawia się legendarna postać z ich dzieciństwa – stara kobieta z odległej gajówki, znana jako „wariatka”. To ona uzmysławia im straszną prawdę: Żydów z Gurówki nie wymordowali Niemcy, którzy pojawili się w okolicy dzień wcześniej i odjechali, tylko mieszkańcy wsi. To Polacy mieli spędzić wszystkich Żydów i spalić ich żywcem. Sceneria miała być dantejska: Polacy odurzeni alkoholem, dysząc chciwością, żądzą mordu i zemsty „za ukrzyżowanie Pana Jezusa”, podpalili dom z uwięzionymi Żydami. Kiedy matki usiłowały wyrzucać z ognia małe dzieci, Polacy nadziewali je na widły i wrzucali z powrotem do ognia.

Okoliczności mordu potwierdził braciom jeden z jego uczestników, dodając kolejne szczegóły. Aktywny miał być zwłaszcza ojciec braci, Stanisław Kalina, który nie tylko podpalił dom, ale i obciął głowę młodej Mincowej, bo go wcześniej „nie dopuściła”.

Odkrycie tragicznej prawdy i objęcie parafii przez ks. Janusza przyspiesza rozwój wydarzeń. Józef Kalina zostaje zlinczowany i ukrzyżowany przez polski motłoch na drzwiach stodoły. Kamera długo pokazuje od dołu jego twarz, kopiując znane obrazy męki Chrystusa.

Potem jeszcze krótka scena. Sprawa mordu w Gurówce staje się głośna, a wydobyte przez braci szczątki pomordowanych Żydów zostają zagrzebane na polu Kalinów, tam gdzie wcześniej stały macewy. Kamień na mogile zawiera niezrozumiały w świetle tego, co się stało, napis: „Pamięci tych wszystkich, którzy pozostali pochowani w tym miejscu”. Franciszek Kalina, dawny antysemita, przekonuje się, że prawda jest znacznie gorsza, niż słyszał od Żydów w USA, i dotyczy bezpośrednio jego rodziny. Przemienia się w strażnika żydowskiej pamięci. Kurtyna.

Film a historia

Film jest dalekim echem dramatycznych wydarzeń, jakie rozegrały się na Podlasiu i w Łomżyńskiem latem 1941 r. Zły stan stosunków polsko-żydowskich miał tu skomplikowane społeczno-polityczne podłoże i już w latach 30. powodował konflikty. Sytuacja uległa dramatycznemu zaostrzeniu po wkroczeniu Sowietów we wrześniu 1939 r. Radosne powitania okupantów przez część społeczności żydowskiej, postawy kolaboranckie, okazywanie niechęci i pogardy w ramach swoistego rewanżu za wcześniejszą upośledzoną pozycję dotkliwie odczuli Polacy. Udział Żydów w sowieckich porządkach i represjach nie były powszechne, ale na tyle częste, że dla wielu stanowiły usprawiedliwienie najgorszych antysemickich schematów. Nienawiść i żądza zemsty za krzywdy urosły do niebywałych rozmiarów.

Tuż po wkroczeniu na te tereny Niemców doszło do krwawych porachunków. Zabijano wówczas sowieckich kolaborantów, głównie Żydów, ale także skomunizowanych Polaków. Choć społeczność żydowska żyła w strachu i w morzu nienawiści, to jednak zemsta i akty terroru miały charakter niemal wyłącznie indywidualny.

Do kolejnej fazy fizycznej przemocy doszło w lipcu 1941 r., kiedy w łomżyńskich miasteczkach pojawiły się niemieckie Einsatzkommanda przeznaczone do „oczyszczania terenu” z ludności żydowskiej. Zgodnie z instrukcjami szefa Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy Reincharda Heydricha z 29 czerwca 1941 r. miały one dokonywać „samooczyszczenia” z Żydów zajmowanych ziem przy wykorzystaniu antyżydowskich nastrojów miejscowej ludności.

Spektakularnym elementem tej akcji był mord w Jedwabnem 10 lipca 1941 r. Stał się znany na całym świecie dzięki książce „Sąsiedzi” J.T. Grossa. Historia ta została jednak przez autora całkowicie zakłamana. Inspiratorami, sprawcami kierowniczymi i uczestnikami zbrodni byli niewątpliwie Niemcy, choć, niestety, wzięło w niej udział ochotniczo prawdopodobnie kilkunastu Polaków. Warto pamiętać, że postawa innych mieszkańców miasteczka była różna: część przyglądała się wydarzeniom, na które nie miała wpływu, byli też znani dziś z nazwiska tacy, którzy wówczas Żydów ratowali.

Ale Gross – zupełnie świadomie – użył do stworzenia swojego scenariusza kilku zeznań osób, które winą za tragedię obciążyły prawie wyłącznie Polaków. Kłopot w tym, że jedna z tych osób była miejscowym volksdeutschem, a pozostałych w ogóle nie było na miejscu wydarzeń. Powtarzano krążące plotki, informacje „z którejś ręki” i z powojennych, wyolbrzymionych opowieści. Większość świadków Grossa, jak niejaki Grądowski, deportowany w 1940 r. w głąb ZSRS za kradzież, kłamał, że był świadkiem wydarzeń.

Jednocześnie autor „Sąsiadów” odrzucił dziesiątki zeznań świadków przesłuchiwanych przez UB, prokuraturę oraz sąd, które przedstawiały zasadniczo inny obraz wydarzeń. Gross zastąpił wszystkie niewygodne świadectwa swoimi konfabulacjami, dodatkowo „wzbogacając” obraz minionych wydarzeń. W ten sposób o mord oskarżono przede wszystkim Polaków. Ta kłamliwa wersja jest z powodzeniem promowana przez media, mainstream, a także Wikipedię.

Żadna krytyka fałszerstw dokonanych przez Grossa na ogół nie jest tu przyjmowana. Od początku np. krytycy „Sąsiadów” zgłaszali, że podana przez niego liczba 1600 zamordowanych została wyssana z palca. Kiedy ekshumacje IPN wykazały, że ofiar było około 300, uznano to za, bagatela, „nieistotną różnicę”. Ponieważ inne elementy grossowskiej historii nie poddają się tak łatwo matematycznej weryfikacji, główne tezy jego wersji dominują w przestrzeni publicznej.

Krok do przodu

„Pokłosie” jest rozwinięciem tez „Sąsiadów”. W manipulowaniu historią Pasikowski robi jednak parę ważnych kroków dalej. Przede wszystkim trzeba zaznaczyć, że wydarzenia, jakie opisał w filmie, w ogóle nie miały miejsca. W żadnym miejscu Białostocczyzny czy Łomżyńskiego nie doszło do wypadku, w którym Polacy bez udziału Niemców dokonaliby zbiorowego mordu na Żydach.

Żeby ów obraz namalować, reżyser musiał dokonać drobnych, acz znaczących „nowelizacji”. W Jedwabnem Niemcy pojawili się w dniu zbrodni, czemu nie mógł zaprzeczyć nawet Gross. W filmie, żeby „uniknąć podejrzeń”, że mogli być za coś bezpośrednio odpowiedzialni, ich wizytę „przesunięto” na dzień przed zbrodnią. W czasie mordu we wsi byli więc tylko Polacy.

W prawdziwej historii w Jedwabnem tylko grupka Polaków uczestniczyła na ochotnika w zbrodni, innych Niemcy zmusili do udziału w konwojowaniu Żydów. Znaczna część mieszkańców była wtedy w domach, a byli i tacy, którzy widząc, co się święci, starali się ratować Żydów – dodajmy: skutecznie. W „Pokłosiu” nie ma żadnych niepotrzebnych niuansów. Morduje, kto żyw, cała wieś, a sprzeciwia się tylko owa „leśna wariatka”. Cała reszta to dzicz dysząca żądzą mordu.

Niezwykle ważnym elementem filmu Pasikowskiego jest całkowite „odpolitycznienie” opisywanych wydarzeń. Nie ma wojny, o okupacji niemieckiej wiadomo niewiele, o sowieckiej nic. Gurówka to miejsce bez historii, a cały kontekst wydarzeń został sprowadzony do stosunków między dobrymi Żydami i krwiożerczymi bestiami z sąsiedztwa – Polakami. A w Jedwabnem przecież – podobnie jak w innych okolicznych miasteczkach – miała miejsce niezwykła erupcja nienawiści spowodowana głównie nastrojami po okupacji sowieckiej. Przecież zanim spalono jedwabieńskich Żydów, spędzono ich do stodoły w sposób wręcz symboliczny – z pomnikiem Lenina.

U Pasikowskiego nie ma żadnej skomplikowanej historii stosunków polsko-żydowskich. Jedynymi motywami działań Polaków są do znudzenia powtarzane osądy („Żydzi ukrzyżowali Pana Jezusa”), porachunki osobiste i najniższe instynkty (Stanisław Kalina obcina głowę Żydówce, bo go „nie dopuściła”) i zwykła ludzka chciwość.

Owa zmiana poszczególnych sekwencji historycznych została wsparta specyficznym wizerunkiem antropologicznym Polaków. Specjalny dobór twarzy, dodatkowo powykrzywianych charakteryzacją, tworzy wrażenie, że ogląda się coś, co jeszcze nie dorosło do definicji homo sapiens. Polak to głównie menel spod budki z piwem, walący pięścią albo kuflem w głowę. Podstawowe zwroty grzecznościowe to „ty k...” lub „ty s…”, a narzędziami komunikacji społecznej pozostają drągi, widły i siekiery. Jak w ogóle można podejrzewać, że ta dzicz nie mordowała Żydów i do dziś in gremio nie jest odpowiedzialna za Holocaust?

Marny scenariusz filmu można oczywiście rozkładać na czynniki pierwsze wieloma zasadniczymi pytaniami o jego wiarygodność. Nic tu się nie zgadza. Bo gdzie na Białostocczyźnie miał miejsce przypadek, kiedy kogoś dotykały szykany za przywracanie pamięci o Żydach? Jest dokładnie odwrotnie: ludzie ci są obdarzani należnym szacunkiem. W której parafii mogło dojść do wybrukowania dziedzińca żydowskimi płytami nagrobnymi? Słyszał kto kiedy, żeby jakaś macewa była używana przez Polaka w wychodku? To wszystko bardzo znaczące obrazy, które zwłaszcza poza granicami kraju będą odebrane jako wiarygodne fakty.

Symbole

Z historyczną prawdą film rozmija się również w kwestiach majątkowych. Pasikowski jednoznacznie kwestionuje status prawny pożydowskiego majątku, który został przekazany Kalinom w 1945 r. Twierdzi on, że gospodarstwa miały po kilka hektarów, a zatem nie podlegały reformie rolnej. Kłopot w tym, że w ramach reformy rolnej rozdawano chłopom także przejęte przez państwo majątki porzucone, których zarówno przejęcie, jak i nadanie nie było bezprawne. Co więcej, konsultanci historyczni filmu nie wiedzieli nawet, kiedy ta reforma się tam odbyła i kto ją przeprowadzał: nie przedstawiciele Rządu Tymczasowego w 1945 r., lecz przedstawiciele PKWN w 1944. Było to bodaj jedyne ujęcie filmu, które wymagało jako takiej wiedzy o przeszłości. Możliwość popełnienia kompromitujących błędów została tu wykorzystana przez konsultantów historycznych w 100 proc.

Być może jest to częściowo opinia krzywdząca, bo nie o historię tu chodzi, lecz o symbole. Po prostu miało być tak, że chłopskie majątki w Gurówce w dalszym ciągu stanowią de iure majątek Żydów. Przedstawione wydarzenia tylko podkreślają fakt, że „na cudzym” siedzą do dziś bezpośredni spadkobiercy żydowskich morderców. W filmie ustawicznie przewija się wątek ciągłości, czyli odpowiedzialności współczesnych za poprzednie pokolenia.

Warto także pamiętać, że ostatecznym miejscem spoczynku Żydów jest pole, które Kalinowie przejęli po swoich sąsiadach. Zamordowani spoczęli na swojej ziemi, dodatkowo uświęconej szczątkami innych pomordowanych Żydów. Nie mam poważniejszych wątpliwości, jak te w sumie proste i mogące rodzić arcynegatywne emocje przekazy zostaną odczytane np. w środowisku Żydów amerykańskich.

Bardzo jasnym symbolem użytym w filmie jest także sprawa ludzi więzionych w garbarni. Otóż w pewnym momencie Franciszek Kalina, poszukując śladów po zaginionych Żydach, trafia do starej fabryki, w której niewątpliwie trzymano bardzo wielu ludzi. W pewnej chwili na ścianie znajduje modlitwę do Matki Boskiej z lata 1945 r. Wraca potem do współtowarzyszki podróży i mówi, że tu trzymali jakichś uwięzionych, ale nie Żydów. Wątek ten nie ma kontynuacji. Latem 1945 r., o którym mowa w tej scenie, w Białostockiem miały miejsce masowe aresztowania UB i NKWD, ale wątek modlitwy na ścianie jest skonstruowany tak, żeby pokazać, że to nie jest ważne dla opisywanej historii. Nie było tu Żydów i cięcie – to nie jest warte dalszego zainteresowania. Jest to symboliczne odniesienie się do roli Polaków w II wojnie światowej, do sprawy sowieckiej i niemieckiej okupacji oraz polskiej martyrologii. Komunikat jest czytelny: rola Polaków jest godna uwagi tylko z punktu widzenia roli, jaką odegrali w historii Żydów.

Nie jest ważne, co było z Polską i Polakami w czasie wojny – istotne jest, jak można ich definiować z punktu widzenia losu Żydów. Niewykluczone, że elementem tych odniesień jest Franciszek Kalina, zmieniony z antysemity w strażnika żydowskiej pamięci, a także Józef Kalina, któremu przyszło się wcielić w dość specyficzną rolę, zarezerwowaną u chrześcijan dla Jezusa Chrystusa – zgodnie z pierwotną symboliką.

Niezwykle istotny i wprost odnoszący się do współczesności jest kuriozalny napis na kamieniu postawionym na mogile Żydów w Gurówce: „Pamięci tych wszystkich, którzy pozostali pochowani w tym miejscu.” To wyjątkowo bezpośrednie odniesienie do pomnika w Jedwabnem. Kiedy przed laty sprawa stała się głośna i przygotowywano się do upamiętnienia ofiar, zaczęła się bardzo brutalna akcja propagandowa rozmaitych środowisk i organizacji żydowskich, mająca na celu wymuszenie na stronie polskiej umieszczenia na pomniku napisu, że Żydów zamordowanych w Jedwabnem było 1600, a przede wszystkim, że sprawcami zbrodni są Polacy. Sypały się wprost pogróżki usunięcia ze stanowiska przewodniczącego Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzeja Przewoźnika. Ten jednak, uważając Grossa za intelektualnego oszusta, a jego wersję wydarzeń za kłamliwą, nie poddał się presji i nie zgodził na umieszczenie kłamliwego napisu. Ten brzmi ostatecznie: „Pamięci Żydów z Jedwabnego i okolic, mężczyzn, kobiet i dzieci, współgospodarzy tej ziemi, zamordowanych, żywcem spalonych w tym miejscu 10 lipca 1941 r.”. Napis wywołał falę ostrych komentarzy strony żydowskiej. Ten enigmatyczny napis na kamieniu w „Pokłosiu” odnosi się bezpośrednio do sprawy kamienia w Jedwabnem. Jest czytelnym symbolem tego, że „Polacy nie chcą brać odpowiedzialności za swoje zbrodnie”.

Odważny jak Pasikowski

"Pokłosie” - film toporny, prostacki, szmirę pośredniego gatunku od razu okrzyknięto dziełem „ważnym” i „odkrywczym”. Trudno się dziwić – film jest typowym elementem promowanej przez „mainstream” pedagogiki wstydu. Nadto dobrze trafia w gusta przedstawicieli „nadwiślańskich elit” które, wobec polskości i chrześcijaństwa, na co dzień z trudem tłumią niechęć i pogardę.
W jednym z tygodników  historycznego półanalfabetę Macieja Stuhra („Polacy przywiązali dzieci do tarcz pod Cedynią” – rzekł Stuhr, choć nie Polacy a Niemcy Polaków, nie do tarcz, a do wież oblężniczych i pod Głogowem, a nie Cedynią) przedstawiono z namalowaną na twarzy gwiazdą Davida i napisem „Żyd” sugerującymi, że protestujący przeciwko głupocie i kłamliwemu przekazowi filmu to głównie antysemici.

Najbardziej rozbawia twierdzenie że „Pokłosie” jest filmem „bez wątpienia „odważnym”. Zważywszy na obecną kondycję państwa polskiego i kształt jego „elit” do zrobienia takiego filmu trzeba było akurat tyle odwagi, ile dziś potrzeba na zrobienie „wiadomości” TVP lub typowe kopanie leżącego.

Jeżeli Pasikowski chce zrobić film „odważny” i „idący na przekór”, to temat stosunków polsko-żydowskich na Białostocczyźnie w latach 1939-1941, w tym ataki na polskie wojsko uzbrojonych band mniejszości narodowych, bramy triumfalne stawiane okupantom, szykany wobec Polaków, plucie na nich, wyrzucanie z kolejek po chleb. Na koniec: sporządzana w domu miejscowego przywódcy społeczności żydowskiej lista polskiego antysowieckiego elementu” przeznaczona dla NKWD, pomoc w wywózkach i szaber jeszcze ciepłych polskich domów po deportowanych. Pasikowski oczywiście i tu winien zabawić się – taka jak to zrobił z Polakami - w „poprawianie lokalnej antropologii”. Koniecznie zadbałby o odpowiednio zezwierzęcone twarze „sąsiadów” i jasne podkreślenie semickich nosów.

Wprawdzie opisane wyżej fakty, w przeciwieństwie do tych z „Pokłosia”, choć łatwo byłoby udokumentować, to film o zbiorowości byłby kłamliwą karykaturą. Ciekaw byłbym reakcji w czasie oficjalnej premiery, którą, mam nadzieję, i tym razem zaszczyciłaby „śmietanka III RP” na czele z ministrem kultury Panem Bogdanem Zdrojewskim.

Andrzej Wajda, niezapomniany autor stalinowskiego „Pokolenia” (1955 r.) i innych – w kolejnych epokach – filmów „głównego nurtu” ogłosił już „Pokłosie” filmem „wspaniałym” i porywającym”. W sprawie nowego filmu Pasikowskiego chyba  podpisałby list protestacyjny i kazał film spalić, tak  jak kiedyś potępiał książkę o Wałęsie - jeszcze przed obejrzeniem go.

Ci sami dziennikarze, którzy na zarzuty o zakłamywaniu historii w „Pokłosiu” mówią o prawie do artystycznej wizji autora, teraz zaczęliby drobiazgowo analizować prawdziwość wszystkich najdrobniejszych detali. W wypadku znalezienia banalnego i nieistotnego uchybienia, triumfalnie ogłosiliby film Pasikowskiego kuriozalnym, antysemickim gniotem. Kazimiera Szczuka w programie Tomasza Lisa już wprost rzuciłaby coś o „faszystowskiej mordzie Pasikowskiego”, co zostałoby nagromadzone przez zgromadzoną widownię (po zapaleniu stosownej lampki) burzliwą falą oklasków.

„Gazeta Wyborcza” zamieściłaby konkurs dla swoich czytelników, dając pełne prawo wypowiedzi swoim czytelnikom ogłaszając konkurs, gdzie posadzić Pasikowskiego: a) w Rawiczu, b) na Sikawie, czy c) „w domu wariatów”. Do słusznego oburzenia społecznego dołączyłaby Pani minister Kudrycka wysyłając stosowną kontrolę, kto takiemu tępakowi mógł wydać dyplom ukończenia wyższej uczelni. Niepotrzebnie, bo i tak autor filmu byłby skończony, a jego dalsze możliwości wykonywania zawodu ograniczyłyby się do kręcenia kolejnych odcinków przygód „Longinusa Zerwimycki” clipów koncernu medialnego Leszka Bubla.
Jednak mimo tych zagrożeń można być spokojnym, że nowy film Pasikowskiego niedługo powstanie. Do jego nakręcenia może zabraknąć państwowych i rosyjskich pieniędzy, ale to przecież nic, kiedy jest się autorem tak twardym i niepokornym. Nu, Pasikowski, chyba nie brak Wam odwagi!

Pokłosie

„Pokłosie” to film kłamliwy, szkodliwy, który niewątpliwie przyniesie Polakom opłakane skutki. Szczególnie za granicą, gdzie historia Polski nie jest znana i widz nie będzie w stanie wyłapać skali przemilczeń, przerysowań i fałszerstw. Historia Pasikowskiego będzie przyjęta dosłownie, tak jak dosłownie będą odbierani sami Polacy: jako odczłowieczony motłoch, co najmniej współodpowiedzialny za Holocaust. Zwłaszcza dla wielu członków społeczności żydowskiej, do której należałoby kierować solidną wiedzę na temat skomplikowanych spraw czasów wojny, paszkwil Pasikowskiego będzie źródłem wiedzy o Polsce, dowodem na zasadność antypolskich stereotypów. Trudno będzie dyskutować z faktami, skoro „Pokłosie” nakręcili sami o sobie Polacy.

W zasadzie autor filmu, którego oblicze intelektualne i artystyczna wrażliwość od lat nie budzą wątpliwości (kiedyś w ubeckim filmie „Psy” wyśmiewany ZChN Pasikowski zmienił na Chrześcijańską Unię Jedności, żeby rubaszny motłoch sam utworzył sobie skrót), więc „Pokłosie” nie powinno zaskakiwać. Ale na podobnych medialnych przedsięwzięciach ucierpią prawda i wizerunek Polaków. Chciwość zdegenerowanych chęcią zysku Polaczków, z obrzynem i kamerą w rękach, jeszcze nieraz może przynieść opłakane skutki. Pokłosie zbierzemy wszyscy.