Andrzej Duda ruszył więc w Polskę i, choć było to trudniejsze niż pięć lat temu, wydobył z ludzi wielkie pokłady energii i entuzjazmu. Jeszcze w trakcie trwania ostrzejszego reżimu sanitarnego wielu komentatorów uważało, że spośród kandydatów to właśnie prezydent ucierpi na nim najbardziej, bo spotkania z wyborcami są jego największym atutem. To oczywiście przesada, Duda mógł przynajmniej jeździć po kraju w ramach swoich obowiązków, zdecydowanie jednak po powrocie do klasycznych spotkań był jak ryba, która wróciła do wody. Słychać to było w kolejnych, nabierających życia wystąpieniach.

Podwójnie dziwna kampania i „efekt Rafała”

Tegoroczna kampania okazała się podwójnie nietypowa. Najpierw z racji pandemii, później – jej politycznych skutków. Nie mówię tu o trudnych do jednoznacznego zmierzenia zmianach nastrojów, przekładających się na polityczne preferencje, ale o wymianie kandydatów, na którą mogła sobie przy udziale wicepremiera Jarosława Gowina pozwolić Platforma Obywatelska. Trzeba wyraźnie powiedzieć jedną rzecz – sondaże Małgorzaty Kidawy-Błońskiej, wbrew przekonaniu większości komentatorów, nie przełożyłyby się na jej wynik wyborczy, gdyby po zmianie terminu wyborów nie została wycofana przez kolegów i pozostała w grze. Wskazuje na to błyskawiczny wzrost notowań Rafała Trzaskowskiego, które finalnie wróciły do stanu poparcia, jakim cieszyła się jego poprzedniczka. Spektakularny upadek Kidawy nie był efektem jej kolejnych wpadek i słabości jako kandydatki, ale rozkręcenia przez polityków i propagandę histerii, w której wybory 10 maja oznaczały zagrożenie życia i zdrowia. Wyborcy kandydatki nie przeszli do innych obozów (lub przeszli w stopniu niewielkim), a zwyczajnie wyparowali z sondaży. Tymczasem media, przyjmując niskie wyniki Kidawy-Błońskiej za stopień jej społecznego poparcia, przyczyniły się tym samym, niektóre wbrew własnej woli i politycznym sympatiom, do wykreowania „efektu Rafała”. Efektu polegającego na stworzeniu wrażenia, że Trzaskowski stanowi w grze partyjnej nową jakość i jest spełnieniem oczekiwań wyborców. Kimś, kim na chwilę miał się stać – i dla kilkunastu procent głosujących się stał – Szymon Hołownia.

Komisja „Farmazona” i front walki plakatowej

Efekt ten można było zaobserwować, lecz nie w sondażach, ale raczej w bogatych, willowych dzielnicach wielkich miast. Dla sporej grupy ich mieszkańców wywieszenie banneru z Trzaskowskim było niemalże obligatoryjne, niczym flaga narodowa (choć w tych okolicach lepszym porównaniem byłaby raczej unijna) z okazji święta. Materiałów Andrzeja Dudy, przynajmniej w Warszawie, prawie nie było widać. Te zaś, które się pojawiły, zarówno w stolicy, jak i innych dużych miastach, były systemowo wręcz niszczone. Czasem przez wędrownych chuliganów, czasem, już zawodowo, przez straż miejską. W Poznaniu doszło do sytuacji, gdy prezydent Jacek Jaśkowiak wręcz chwalił się podobnymi działaniami podległych sobie służb na Twitterze.

Innym groźnym zjawiskiem jest obecność w komisjach wyborczych, a nawet na ich czele, osób jednoznacznie kojarzonych z radykalnym, zadymiarskim skrzydłem opozycji, nieraz z zarzutami, a nawet wyrokami na koncie. Warto będzie sprawdzić, jak swoją pracę wykonały komisje wyborcze kierowane przez znanych z napaści na ludzi panów Szczurka czy „Farmazona”. Zostawiając na chwilę te niepokojące sygnały, warto wspomnieć o ciekawym zjawisku na froncie walki plakatowej. Od kilku miesięcy Warszawa jest ozdobiona nowoczesnymi w formie plakatami, przedstawiającymi polityków, którym Polska zawdzięcza niepodległość, z różnych stron sceny politycznej sprzed 102 lat. Wolontariusze Szymona Hołowni, nie wiedzieć czemu, upodobali sobie plakaty z rotmistrzem Pileckim. Fakt zaklejania jego podobizny materiałami Hołowni był na tyle częsty, że został zauważony w mediach społecznościowych. Sympatycy Krzysztofa Bosaka z kolei nie odpuścili socjaliście sprzed wieku, oklejając reklamami kandydata Konfederacji podobizny Ignacego Daszyńskiego.

Efekt sondażowego samouwiedzenia

Wróćmy jednak do manipulacji, której większość mediów, również prawicowych, dopuściła się przy analizie sondaży z ostatnich tygodni. Przyjmując fatalne wyniki Małgorzaty Kidawy-Błońskiej jako sygnał fatalnej kondycji całej Platformy, media sprzyjające Andrzejowi Dudzie wpadły we własne sidła. Skoro bowiem przekonywały swoich czytelników i widzów, że realna siła Koalicji Obywatelskiej wynosi już tylko kilka procent, Duda zaś wygrywa w pierwszej turze z ponad 60-proc. poparciem, powrót do naturalnych proporcji również po tej stronie musiał się jawić jako znaczny spadek sondażowy urzędującego prezydenta. Tymczasem, na co mało kto zwracał uwagę, w kolejnych badaniach zmieniała się również – na plus – deklarowana frekwencja, tak więc wynik Andrzeja Dudy, choć procentowo spadał, w liczbach bezwzględnych rósł, choć wolniej niż jego konkurenta. Do czasu.

Wyniki z 99,78 proc. komisji pokazują, że ostateczne poparcie dla dwójki głównych kandydatów osiągnęło mniej więcej spodziewany poziom. Andrzej Duda nie rozstrzygnął głosowania w pierwszej turze, zdobył jednak bardzo dobry wynik, Rafał Trzaskowski zaś, przy bardzo silnej mobilizacji swojego elektoratu, nie zdołał nawiązać równego pojedynku, wypadając najsłabiej z kandydatów PO.

Ból głowy sztabów – kto będzie języczkiem u wagi

Co oczywiście o niczym nie przesądza, druga tura bowiem wydaje się w tej chwili wielką zagadką. Nie wiemy, jaki procent wyborców pozostałych kandydatów będzie się kierował zasadą „byle nie Duda”, a jaki da się prezydentowi przekonać, ilu wreszcie sympatyków przegranych kandydatów zostanie zwyczajnie w domach. Fatalny wynik Roberta Biedronia przy sporym sukcesie (zwłaszcza gdy przypomnieć sobie sondaże z początków kampanii) Krzysztofa Bosaka sprawia, że Rafał Trzaskowski nie będzie prawdopodobnie walczył o elektorat lewicowy, kłusując po prawej stronie. To jednak może sprawić, że część wyborców lewicy (również tych, którzy zdecydowali się już w pierwszej turze zaufać Trzaskowskiemu) uzna, że nie ma różnicy między kandydatami.

Władysław Kosiniak-Kamysz to drugi wielki przegrany, jego głosy zapewne już w niedzielę były przy innych kandydatach. Rozłożenie się głosów Konfederacji na trzy grupy (Duda, Trzaskowski lub absencja) wydaje się pewne, nie znamy tylko proporcji między nimi. Andrzejowi Dudzie trudniej będzie zapewne o najmłodszych wyborców, nastawionych na ogół mocno liberalnie, ale przekonać może do siebie choćby starszych sympatyków ugrupowań narodowych, pamiętających jeszcze, jak za czasów PO wyglądały marsze niepodległości. Potępiane jeszcze w zeszłym roku przez samego Trzaskowskiego, który dziś zapewne chętnie wykasowałby z internetu swoje wpisy na ten temat.

Niezależnie od wyniku drugiej tury niedzielne głosowanie wskazuje na kilka problemów, z którymi PiS będzie musiało się zmierzyć. Niepokojące wydają się zwłaszcza wyniki głosowania najmłodszych. Choć twitterowa przewaga sympatyków progresywnej lewicy w tej grupie nie przełożyła się na wynik Roberta Biedronia, widać tu pojawienie się zjawiska nowego „anty-PiS”, tym groźniejszego, że opartego na innych niż konflikt z PO uprzedzeniach i resentymentach. A przecież jeszcze nie tak dawno wydawało się, że Andrzej Duda potrafi dość dobrze znajdować wspólny język z młodzieżą. Analiza tego zjawiska to jedno z kluczowych zadań na najbliższe dni.