1 czerwca wybuchł protest w Capitol Hill, najbardziej lewicowej dzielnicy Seattle, który szybko przerodził się w zamieszki. Po tygodniu policjanci dostali wycofania się z posterunku. Antifa i inni uczestnicy tych zamieszek szybko odgrodzili część dzielnicy, wielkości ok. 6 przecznic, po czym ogłosili je strefą autonomiczną (Capitol Hill Autonomous Zone, CHAZ). Wkrótce potem zmieniono jego nazwę na Protest Okupacyjny Capitol Hill (CHOP).

Lewicowe władze Seattle z burmistrz Jenny Durkan na czele nie przejęły się za bardzo tym, że Antifa kontroluje część ich miasta. Burmistrz wielokrotnie odwiedzała CHAZ i fotografowała się z uczestnikami protestu, a mediom mówiła, że to pokojowa demonstracja i że Seattle przeżywa swoje własne „Lato Miłości” - co było nawiązaniem do gigantycznej manifestacji hippisów w San Francisco w połowie 1967 roku.

Bardzo szybko pojawiły się jednak doniesienia, że CHAZ nie jest tak pokojowy jak przedstawiają go lewicowe media i politycy. Dziennikarze, którzy często z narażeniem życia zaczęli go infiltrować odkryli, że panuje w nim ogromna przestępczość, zwłaszcza po zapadnięciu zmroku. Kradzieże, wymuszenia, gwałty, walka pomiędzy gangami o wpływy – to była codzienność mieszkańców tej dzielnicy. Po trzech strzelaninach, w których zginął 19-letni chłopak, nie dało się tego dalej używać. Durkan stwierdziła, że przemoc w CHAZ odwraca uwagę od przesłania tych protestów. Obiecała spełnić część ich żądań, jak zainwestowanie większej ilości pieniędzy w czarne dzielnice i rozpoczęcie reformy policji, ale zapowiedziała, że „będzie współpracować z społecznością” aby zdemontować CHAZ w pokojowy sposób.

Dzień po tej zapowiedzi raper Raz Simone, uznawany powszechnie za przywódcę CHAZ, powiedział mediom, że wielu jego „mieszkańców” już opuściło Capitol Hill. Taką informację podało również konto na Twitterze, które ma być ich oficjalnym głosem. „Zaledwie kilka osób pozostało w naszym ukochanym CHAZ” - napisali w oświadczeniu podpisanym przez „Komitet Solidarności Protestu Okupacyjnego Capitoll Hill”, dodając, że „projekt CHAZ już się zakończył”. W mediach pojawiły się także filmy pokazujące pracowników służb miejskich sprzątających po anarchistach.

Jak donosi jednak lokalny portal KOMO News plotki o śmierci CHAZ okazały się przedwczesne. W strefie nadal pozostało wiele osób. Co gorsza ci, którzy pozostali, stali się bardziej brutalni wobec mieszkańców dzielnicy. „Czasami w nocy nie wpuszczają ludzi do dzielnicy” - powiedział portalowi jeden z mieszkańców, Matthem Ploszaj. Zdaniem dziennikarzy sytuacja w Capitol Hill nie uległa zmianie a próby wyrzucenia z niej Antify będą bardzo trudnym zadaniem.

Niektóre wejścia do CHAZ są zasłonięte przez kilkadziesiąt betonowych barier, których pilnują uzbrojeni lewicowcy. Michael Solan, prezes stowarzyszenia zrzeszającego lokalnych policjantów powiedział telewizji Fox News, że próby ich usunięcia jak na razie się nie udały. Kiedy tylko w okolicy pojawiali się miejscy pracownicy szybko zostali okrążani przez uzbrojonych lewicowców i musieli się wycofywać w trosce o własne życie. Wielu policjantów obawia się, że gdyby władze zdecydowały się na bardziej zdecydowaną rozprawę z CHAZ, to Antifa może wykorzystać mieszkańców dzielnicy jako zakładników.

Jak donosi Seattle Times około setka „mieszkańców” CHAZ zorganizowała też protest przed domem Durkan. Nie spodobały im się jej propozycje, takie jak obcięcie budżetu policji o 20 milionów dolarów. Ich zdaniem są zdecydowanie zbyt mało radykalne. Ich protest przebiegł pokojowo, ale sama burmistrz w jego trakcie nie była obecna – przebywała bowiem w ratuszu.

Tolerancja wobec lewicowych zadymiarzy może drogo kosztować miasto. Właściciele firm położonych wewnątrz CHAZ złożyli bowiem przeciwko niemu pozew zbiorowy. Twierdzą, nie bez racji, że to działania i apatia władz miejskich sprawiły, że protest wyrwał się spod kontroli i CHAZ mogło powstać. Żądają też pokrycia przez miasto ich strat, które zostały przez nie spowodowane, zarówno jeśli chodzi o wandalizm i kradzieże jak i o utratę klientów, którzy bali się chodzić do Capitoll Hill. Do ich pozwu dołączają kolejni mieszkańcy i pracownicy, więc miasto być może będzie musiało wydać ogromne kwoty na odszkodowania.